1.

Pomału nad Katalonią zapadał zmrok, który wdzierając się w najdrobniejsze zakamarki, otaczał ciemnym całunem drzewa, budynki i ludzi; zdawał się pożerać opustoszałą o tej godzinie plażę. Spokój, który zawładnął Nova Icaria przerwał nagły powiew słonej bryzy.
Spacerujący brzegiem morza mężczyzna, gwałtownie zerknął przez ramię. Nikogo nie dojrzał w mrokach nocy, lecz wyczuwał czyjąś obecność. Zachowując czujność, rozejrzał się po okolicy, która zdecydowanie lepiej prezentowała się za dnia, niżeli w nocy. Ostrożnie zwrócił kroki w kierunku ulicy, utwierdzając się w przekonaniu, że wszystko, co działo się wokół niego to wymysły chorej wyobraźni.
Kiedy znalazł się w blasku latarni, niespodziewanie coś zasłoniło mu oczy. Serce przyśpieszyło bicia, gdy odwracając głowę, nikogo nie zobaczył.
Oszalałem, pomyślał, czując podmuch wiatru na spierzchniętych ustach.
Latarnie, które oświetlały pogrążoną we śnie okolicę, rzucały długie, powyginane cienie na złocisty piasek. Powrócił wzrokiem na drogę, gdzie dojrzał w oddali stojącą niską postać, której sylwetkę przenikało jaskrawe światło. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby z ust owej osoby nie wydobywał się kobiecy głos, nawołującego jego imię.
Oddech mężczyzny znacznie przyspieszył. Chciał dowiedzieć się kim ona była, ale nie mógł poruszyć się z miejsca. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Tajemnicza osoba wołała coraz głośniej, tymczasem on nie potrafił ruszyć żadną częścią ciała.
Niespodziewanie jasne światło rozszczepiło się dookoła, oślepiając również jego. Nastała ciemność, a wraz z nią ogromny huk, któremu towarzyszył dziecięcy płacz. Płacz, który był mu tak bardzo znany…
– Zaida! – jęknął, zrywając się do pozycji siedzącej i starając uspokoić nierówny oddech.
David sięgnął po omacku nad stolik, aby zapalić stojącą tam lampkę. Przetarłszy zaspane oczy, przeniósł wzrok na zegarek, który wskazywał parę minut po północy. Pokręcił z niedowierzaniem głową, ponieważ coraz częściej jego głowę nawiedzały koszmary. Rozglądając się po delikatnie oświetlonym pokoju, zatrzymał wzrok na czarnowłosej kobiecie, która leżała wtulona w poduszkę. Na całe szczęście jej nie zbudził, dlatego najdelikatniej, jak potrafił zsunął z siebie ciepłą kołdrę.
Zwariowałem?, spytał się w myślach, zatrzymując się nad drewnianym łóżeczkiem, które znajdowało się w rogu sypialni. 
Twarz Olayii, piętnastomiesięcznej córki, pogrążona była również w głębokim śnie. Przybierając lekki uśmiech, musnął opuszkiem palca policzek dziewczynki i ruszył w kierunku drzwi.
Nie wiedział, jak interpretować dręczące go od niedawna koszmary, w których zawsze słyszał krzyk najstarszej córki. Nigdy nie podejmował rozmowy na ten temat z klubowym psychologiem, ponieważ za każdym razem wmawiał sobie, iż wszystko w końcu przejdzie samo. Może nawet w pewnym sensie przywykł do tego, a gdy się budził uświadamiał sobie, że to sen, po czym najczęściej usypiał na nowo, bądź jak tej nocy – wstawał i z przyśpieszonym biciem serca kierował się do pokoju Zaidy.
Przeszedłszy wzdłuż korytarza, otworzył drzwi do pokoju usytuowanego na jego końcu. Nie potrafił zatuszować zdziwienia, kiedy spostrzegł, że pomieszczenie było rozświetlone światłem, a pięcioletnia dziewczynka wpatrywała się w niego swoimi dużymi, brązowymi oczami.
– Zaida – powiedział zdumiony, przysiadając na rogu łóżka.
– Dlaczego nie śpisz, tatusiu? – Przeczesała palcami swoje cienkie, czarne włosy, jednak zanim zdołał cokolwiek odpowiedzieć, kontynuowała: – Miałeś zły sen?
– Nie. – Należał do grupy osób, którzy wolą powiedzieć prawdę, niż kłamać, jednak czasami los chciał inaczej. Nie zamierzał tłumaczyć czegoś, czego i tak by nie zrozumiała. – A ty, księżniczko, dlaczego jeszcze nie śpisz?
– Nie mogę spać. – Przegryzła policzek od środka. – Zostaniesz ze mną?
Nic nie odpowiedział tylko skinął twierdząco głową. Poprawił rąbek różowej kołdry i szczelnie otulił dziewczynkę, po czym zgasił światło i  z roztargnieniem położył się obok niej. Dziecko automatycznie przytuliło się do jego ciepłego ciała, a David objąwszy ją ramieniem, zasnął, zdecydowanie szybciej niż ona sama.
Gdy o poranku, listopadowe promienie słoneczne padły na jego twarz, spostrzegł, że Zaidy nie było już w pokoju, a jego nozdrza wypełniał zapach smażonych jajek. Odetchnął głęboko, a wspomnienia z nocy odeszły chwilowo w zapomnienie po zimnym prysznicu. Mierzwiąc czarne włosy, zszedł po drewnianych schodach i dostrzegając roześmianą Olayę w krzesełku do karmienia, ucałował jej czoło.
– Dzień dobry. – Nagle usłyszał głos Patricii, swojej żony i poczuł, jak jej ramiona, oplatają jego biodra, a usta składają na policzku szybki pocałunek. – Czemu jesteś taki spięty? Co się dzieje? – zapytała.
– Źle spałem, ale nie rozmawiajmy o tym, dobrze? – Wyswobodził się pośpiesznie z objęć i odwrócił do niej przodem. – Przepraszam, ale nie zjem dzisiaj śniadania w domu. Muszę być wcześniej na treningu.
David spojrzał w jej małe, ciemnobrązowe oczy. W ostatnim czasie nie wzbudzały w nim żadnych większych emocji. Nie sprawiały, że serce zaczynało bić szybciej, bowiem wydawały się najzwyklejsze w świecie, takie jak posiadają tysiące innych, zwyczajnych kobiet.
Od jakiegoś czasu, choć spali w jednym łóżku to nie spali razem, ale obok siebie. I nie chodziło już tylko o seks. Żyli razem, a jednak osobno, choć jeszcze kilka miesięcy temu wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Teraz zdawać się mogło, że każde z nich miało swój własny świat.
Pokręcił głową, jakby chciał wyrzucić te myśli z głowy. Nie zamierzał mówić Patty o swoich obawach. Liczył, że był to przejściowy okres, że wszystko minie tak szybko, jak się pojawiło. Przybrał na twarzy wymuszony uśmiech, stając się przy tym być najbardziej przekonywującym, jak się tylko da.
– Ale… – Splotła przedramiona na piersiach i zmarszczyła brwi.
– Kupię coś po drodze – zapewnił ją. – I podrzucę Zaidę do przedszkola.
Przybierając wymuszony uśmiech, skinęła głową i przygotowała córkę do wyjścia. Parę minut później, stojąc przed drzwiami frontowymi z Olayą na rękach, wodziła wzrokiem za czarnym Audi, które zniknęło tuż za zakrętem.
Nigdy nie byli z Davidem idealną parą, zdarzały im się kłótnie, jednak zawsze żyli nadzieją, trzymając się za słowo i licząc, że się nie mylą. To przekonanie pozwoliło przetrwać im wiele ciężkich chwil. Pomimo przeciwności losu, trwali u swego boku przez dwanaście lat, wychowując dwójkę wspaniałych dzieci.
W ostatnim czasie coraz częściej odnosiła wrażenie, że ważniejsze dla Davida było wszystko inne, niż ona. Jak choćby jego kariera. Wiedziała, że nigdy nie miał łatwo w życiu, na wszystko musiał zarobić ciężką pracą i dzięki determinacji doszedł do momentu, gdy jego nazwisko wzbudzało respekt, a wśród klubowych trenerów wywoływało chęć zasilenia szeregów.
Tak było ponad pół roku temu, kiedy bez uprzedzenia zmuszona została rzucić wszystko, co kochała i przenieść się do Barcelony. Cały czas tęskniła za życiem w Valencii, podobnie, jak ich pięcioletnia córka Zaida. Z natury była nieśmiałym dzieckiem, przez co trzecia zmiana miejsca otoczenia w tak stosunkowo krótkim czasie z pewnością nie wpływała na nią pozytywnie.
Z drugiej strony doskonale wiedziała, że David nie zamierzał wyrządzać im krzywdy. Miał postawiony w życiu cel, pragnął zostać najlepszym w tym co robił i dążył do perfekcji. Kiedy była nastolatką i wiązała się z Villą, była całkiem świadom, co ją mogło w przyszłości czekać. Niestety z przykrością stwierdziła, iż z biegiem lat zmieniła się i zmieniły się także jej priorytety.  
Ponadto od dłuższego czasu nie opuszczało jej dziwne wrażenie, że z każdym kolejnym dniem coraz bardziej się od siebie oddalali. Przestali się dogadywać, coraz częściej kłócili, a David miał wiecznie jakieś wymówki. Najbardziej żałowała dnia, kiedy tuż przed wyjazdem na Mistrzostwa Świata w Republice Południowej Afryki, porządnie się posprzeczali i w przypływie złości wygarnęła mu, że jeżeli źle się z nią czuje to może zwyczajnie odejść. Słowa wypłynęły z jej gardła, niczym rwący potok i zanim zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła, David zwyczajnie pokręcił głową, po czym wyszedł, trzaskając ostentacyjnie drzwiami.
Co gorsza, kilka tygodni temu, mieszkająca w sąsiedztwie Catalina, opowiedziała jej o młodej dziewczynie, z którą parę razy widziała Davida w mieście. Mimo ciekawości oraz rozrastającego się rozżalenia, nigdy nie odważyła się zapytać go o nią, a sam mężczyzna nie kwapił się do zwierzeń.
Przytulając policzek do głowy Olayii, próbowała nie zawracać sobie głowy, bowiem znała swojego męża wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż nie byłby zdolny do prowadzenia podwójnego życia. Kochała go, lecz mimo zaufania, którym go darzyła, nie chciałaby stanąć twarzą w twarz z ów kobietą.
– Spójrz, kochanie. – Zwróciła się do Olayii, która bawiła się końcówkami jej czarnych, sięgających ramion włosów. – Idzie do nas ciocia Catalina. Przywitasz się?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz