Późne listopadowe popołudnie,
przyniosło ze sobą chłodny deszcz, wiatr i ciężkie, ołowiane chmury zwisające
nad Barceloną. W takich dniach miękki fotel w parze z kominkiem były
zbawieniem, lecz zanim mogło dojść do takiego scenariusza – David siedział
wewnątrz czarnego Audi, rozgrzanego ciepłym powietrzem z nadmuchu.
Trening w Ciutat Esportiva zakończył
się przed niespełna godziną, a szkolenie, jak każde inne pamiętał, jakby przez
mgłę. Po wyjściu na zieloną murawę zupełnie się wyłączał, nastawiając wyłącznie
na słuchanie. Za najważniejszy cel stawiał sobie odbieranie wskazówek od
trenerów, aby na boisku dążyć do perfekcji. W ten sposób egzystował przez kilka
dni w tygodniu po paręnaście godzin, powtarzając wciąż ten sam schemat
zakończony zadowoleniem całego zespołu.
Westchnąwszy, zaparkował
samochód pod potężnym dębem, tuż przy niedużym, kolorowym budynku. Zanim zdążył
wysiąść, spostrzegł w oknie przedszkola, grupkę dzieci wypatrujących swoich
rodziców. Przez jego twarz, przemknął cień uśmiechu, kiedy wzrokiem odnalazł
wśród nich swoją córkę, która gdy tylko go zauważyła, zaczęła energicznie machać
do niego ręką.
Zaida odgrywała w jego życiu ogromną
rolę. Była tym przysłowiowym oczkiem w głowie, mimo faktu, iż od zawsze marzył
o spłodzeniu syna. Niemniej, posiadanie dwóch wspaniałych córek, wynagradzało mu
potomka płci męskiej.
Kilka minut później, trzymając
w ramionach Zaidę, pokonał pośpiesznie odległość dzielącą go od samochodu. W
dalszym ciągu niebo miało ciemną, ponurą barwę, a z drzew spadały kropelki
wody, które rozpryskiwały się przy bliższym starciu z ziemią. Posadził dziewczynkę
w foteliku na tylnym siedzeniu, po czym otrzepując kurtkę, zajął miejsce
kierowcy.
– Jak ci minął dzień? –
zagadnął, a uruchamiając silnik, zerknął w przednie lusterko w którym dokładnie
widział twarz córki.
– Fajnie – odpowiedziała,
patrząc w tył jego głowy. – Muszę jutro wziąć ze sobą Carmen – dodała z
przejęciem.
Uśmiechnął się, ponieważ Carmen
była nikim innym, jak ulubioną lalką Zaidy, którą kupili jej z Patricią w
zeszłym roku na piąte urodziny.
– Dobrze, jak wrócimy do domu,
powiemy mamie, żeby jutro rano nie zapomniała spakować Carmen – zgodził się,
wystawiając migacz. – Hm, a co dzisiaj robiliście?
– Rysowaliśmy – odpowiedziała i
zaczęła pieczołowicie szukać czegoś wewnątrz małego, różowego plecaczka. –
Narysowałam całą rodzinę. – Wyciągnęła przed siebie dłoń, żeby podać Davidowi
kartkę z bloku.
Zatrzymując pojazd na
światłach, zerknął na obrazek, na którym czwórka ludzi stała na tle gór. Dwie
najwyższe postacie splecione były rękoma, ponadto po ich obu bokach tliły się
dwie maleńkie zarysy dzieci, wykonanych z paru kresek i kółka. Rysunek nie był
wykonany idealnie, jednak nie oczekiwał zbyt wiele od pięciolatki.
– Bardzo ładny, więc jeśli
pozwolisz to go zachowam, zaraz po tym, jak pokażemy go mamie – powiedział, na
co dziewczynka ochoczo potrząsnęła głową.
–
Tatusiu? – zawołała, po chwili namysłu, na co David ponownie zerknął w
lusterko. – Te przedszkole jest dużo fajniejsze, niż poprzednie. Mama nie
mówiła prawdy, kiedy rozmawiała z ciocią Cataliną.
– Słucham?
– spytał zdziwiony, zaciskając mocniej palce na kierownicy. – O czym rozmawiała mamusia z ciocią?
Od
samego początku nowa koleżanka Patricii wydawała mu się specyficzna. W momencie,
w którym zobaczył ją pierwszy raz w swoim salonie, wypowiedziała zaledwie kilka
lakonicznych zdań, jednak nigdy wcześniej nie przywiązywał do tego zbytniej
wagi.
–
Mówiły o tobie – rzekła. – Mamusia ostatnio czuje się coraz bardziej zmęczona.
Przed
ponad czterema miesiącami usłyszał coś podobnego z jej ust, aczkolwiek od
tamtej pory Patricia otwarcie nie powiedziała mu niczego tego typu. Zresztą dlaczego
o tak ważnych sprawach rozmawiała ze swoją nowopoznaną koleżanką, zamiast omówić
to z nim? Z drugiej strony, wiedział, że jego córka nie należała do grupy
dzieci, które kłamiąc, próbowały zwrócić na siebie uwagę. Dlatego był święcie
przekonany, iż mówiła prawdę.
Ponadto
w Patricii zauważył dużą zmianę w zachowaniu, odkąd sprowadzili się do
Barcelony. Przepuszczał, że problem nie tkwił wyłącznie w samym mieście, lecz w
nich samych i Catalinie, która była nad wyraz despotyczna.
Kiedy
wjechał w odpowiednią ulicę, deszcz w dalszym ciągu niemiłosiernie zacinał i
zapowiadało, że nie zamierzał przestawać. Zdecydowanie zwolnił, wrzucił migacz
i powoli wtoczył masywny pojazd na podjazd tuż pod dużym, piętrowym białym
domem. Zgasił silnik, gdy samochód znalazł się w garażu, a następnie wysiadł,
otwierając przy okazji drzwi Zaidzie. Dopiero, jak brama garażowa szczelnie się
zamknęła, weszli przez drzwi łączące pomieszczenie z korytarzem wewnątrz domu.
–
Jesteśmy! – oznajmiła od razu Zaida, siłując się z kurtką. – Jak ładnie pachnie!
– dodała, gdyż w całym domu unosił się zapach smażonego mięsa.
W progu
korytarza, pojawiła się Patricia, która przywitawszy
się z dziewczynką, pomogła się jej rozebrać. W tym samym czasie, David zrzucił
z siebie mokrą, skórzaną kurtkę i bez żadnego czulszego powitania, skierował
swoje kroki w stronę kuchni, omijając jadalnie, gdzie na stole widniała cała
zastawa obiadowa.
–
David? – usłyszał po chwili, gdy zaparzał sobie kawę. – Co się stało? Obiad
prawie gotowy.
– Uhm,
prezes klubu organizuje bankiet – rzucił ni stąd, ni zowąd, czekając na jej
reakcję. – Mam nadzieję, że ze mną pójdziesz.
–
Bankiet? Naprawdę? – powtórzyła. – Kto na nim będzie?
–
Piłkarze z partnerkami, sztab szkoleniowy… Co za różnica? – odwrócił się w jej
stronę, a przez jego ciało przepłynęła fala gniewu. – Dwudziestego dziewiątego
listopada klub obchodzi sto jedenastą rocznicę założenia, dlatego w sobotę, dwa
dni przed nią, odbędzie się przyjęcie.
Nie
wiedział czemu nie chciała iść na zwykły bankiet. Wprawdzie miała znaleźć się w
towarzystwie, które najwyraźniej nie zdobyło jej sympatii, ale uważał, iż nie
był to wystarczający powód, aby od razu się sprzeciwiać.
W
ostatnim czasie Patricia potrafiła skrywać w sobie wiele sprzecznych uczuć,
momentami stawała się, wręcz oschła i zimna, jak lód. Za każdym razem, gdy on próbował
w jakikolwiek sposób naprawić stosunki między nimi – ona niespodziewanie wyskakiwała
z czymś podobnym.
–
Catalina widziała cię z jakąś kobietą – powiedziała wprost, krzyżując ramiona
na piersiach. Zamierzała mieć to za sobą. – Nigdy mi o niej nie wspominałeś.
– Masz
na myśli Laurę? – Lekko się zmieszał. – To dziewczyna, która pracuje na
recepcji w Ciutat
Esportiva. Źle się poczuła i kilka razy odwiozłem ją do domu. To wszystko.
– Od kiedy zamieszkaliśmy w
Barcelonie, zmieniłeś się, David.
Czuła, że zaczyna przekraczać
pewną granicę, jednak chciała w końcu powiedzieć to, co ciążyło jej na duszy od
kilku miesięcy. Kochała Davida, nie chciała go stracić, dlatego wiadomość o
tajemniczej koleżance męża, dotknął ją bardziej, niż mogłaby przypuszczać. Była
świadoma, że nad każdym małżeństwem pojawiały się czarne chmury, jednak zdrady
nigdy by mu nie wybaczyła. Wszystko miało swoje granice.
– Ja
się zmieniłem?! – Starał się zachować spokój, gdyż nie chciał narażać Zaidy na
wysłuchiwanie kłótni. – To ty przestałaś być ze mną szczera! Rozmawiasz ze
wszystkimi o naszych prywatnych sprawach, zamiast przyjść do mnie.
Utkwił
brązowe oczy w twarzy Patricii, której mimika niewiele zdradzała. Często
rozumieli się bez słów, jednak teraz nawet nie przypuszczał, co mogło krążyć jej
po głowie. Dlaczego życie wiecznie płatało figla? Nie spuszczał wzroku ze
swojej żony, dopóki ona tego pierwsza nie uczyniła, zerkając w stronę szklanego
okna.
Może i
nie był idealnym mężem, jednak szczerość w związku cenił przede wszystkim.
Ponad dziesięć lat temu, gdy zgodziła się zostać jego żoną, wiedziała, na co
się pisała, a co najważniejsze sprawiała wrażenie szczęśliwej u jego boku. Przetrwali
wiele, ze wzlotami i upadkami, lecz zawsze potrafili wyjść na prostą.
– Dlaczego
milczysz? – zapytał, widząc nagłe zwątpienie Patricii.
–
Naprawdę ten bankiet jest dla ciebie taki ważny? – spytała.
Jej
głos stawał się nieco niepewny, jednak nie chciała dać tego po sobie poznać.
Jedyne, czego nigdy nie chciałaby usłyszeć z ust męża, to fakt, iż nastał
koniec ich związku, a jego uczucie z dnia na dzień wygasło szybciej, niż się
pojawiło.
Delikatna
zmiana tematu zapewne nie była właściwa, ale patrząc na to z drugiej strony,
mogli uniknąć kolejnej, poważnej kłótni. David nie był zadowolony z takiego
obrotu spraw, aczkolwiek nie chciał na nią naciskać, chciał dać jej czas,
podobnie jak samemu sobie.
–
Organizowany jest przez zarząd, więc powinnaś to zrozumieć – mruknął.
– Dobrze,
w takim razie możesz na mnie liczyć… Pójdę z tobą na bankiet.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz