2.

Późne listopadowe popołudnie, przyniosło ze sobą chłodny deszcz, wiatr i ciężkie, ołowiane chmury zwisające nad Barceloną. W takich dniach miękki fotel w parze z kominkiem były zbawieniem, lecz zanim mogło dojść do takiego scenariusza – David siedział wewnątrz czarnego Audi, rozgrzanego ciepłym powietrzem z nadmuchu.
Trening w Ciutat Esportiva zakończył się przed niespełna godziną, a szkolenie, jak każde inne pamiętał, jakby przez mgłę. Po wyjściu na zieloną murawę zupełnie się wyłączał, nastawiając wyłącznie na słuchanie. Za najważniejszy cel stawiał sobie odbieranie wskazówek od trenerów, aby na boisku dążyć do perfekcji. W ten sposób egzystował przez kilka dni w tygodniu po paręnaście godzin, powtarzając wciąż ten sam schemat zakończony zadowoleniem całego zespołu.
Westchnąwszy, zaparkował samochód pod potężnym dębem, tuż przy niedużym, kolorowym budynku. Zanim zdążył wysiąść, spostrzegł w oknie przedszkola, grupkę dzieci wypatrujących swoich rodziców. Przez jego twarz, przemknął cień uśmiechu, kiedy wzrokiem odnalazł wśród nich swoją córkę, która gdy tylko go zauważyła, zaczęła energicznie machać do niego ręką.
Zaida odgrywała w jego życiu ogromną rolę. Była tym przysłowiowym oczkiem w głowie, mimo faktu, iż od zawsze marzył o spłodzeniu syna. Niemniej, posiadanie dwóch wspaniałych córek, wynagradzało mu potomka płci męskiej.
Kilka minut później, trzymając w ramionach Zaidę, pokonał pośpiesznie odległość dzielącą go od samochodu. W dalszym ciągu niebo miało ciemną, ponurą barwę, a z drzew spadały kropelki wody, które rozpryskiwały się przy bliższym starciu z ziemią. Posadził dziewczynkę w foteliku na tylnym siedzeniu, po czym otrzepując kurtkę, zajął miejsce kierowcy.
– Jak ci minął dzień? – zagadnął, a uruchamiając silnik, zerknął w przednie lusterko w którym dokładnie widział twarz córki.
– Fajnie – odpowiedziała, patrząc w tył jego głowy. – Muszę jutro wziąć ze sobą Carmen – dodała z przejęciem.
Uśmiechnął się, ponieważ Carmen była nikim innym, jak ulubioną lalką Zaidy, którą kupili jej z Patricią w zeszłym roku na piąte urodziny.
– Dobrze, jak wrócimy do domu, powiemy mamie, żeby jutro rano nie zapomniała spakować Carmen – zgodził się, wystawiając migacz. – Hm, a co dzisiaj robiliście?
– Rysowaliśmy – odpowiedziała i zaczęła pieczołowicie szukać czegoś wewnątrz małego, różowego plecaczka. – Narysowałam całą rodzinę. – Wyciągnęła przed siebie dłoń, żeby podać Davidowi kartkę z bloku.
Zatrzymując pojazd na światłach, zerknął na obrazek, na którym czwórka ludzi stała na tle gór. Dwie najwyższe postacie splecione były rękoma, ponadto po ich obu bokach tliły się dwie maleńkie zarysy dzieci, wykonanych z paru kresek i kółka. Rysunek nie był wykonany idealnie, jednak nie oczekiwał zbyt wiele od pięciolatki.
– Bardzo ładny, więc jeśli pozwolisz to go zachowam, zaraz po tym, jak pokażemy go mamie – powiedział, na co dziewczynka ochoczo potrząsnęła głową.
– Tatusiu? – zawołała, po chwili namysłu, na co David ponownie zerknął w lusterko. – Te przedszkole jest dużo fajniejsze, niż poprzednie. Mama nie mówiła prawdy, kiedy rozmawiała z ciocią Cataliną.
– Słucham? – spytał zdziwiony, zaciskając mocniej palce na kierownicy.  – O czym rozmawiała mamusia z ciocią?
Od samego początku nowa koleżanka Patricii wydawała mu się specyficzna. W momencie, w którym zobaczył ją pierwszy raz w swoim salonie, wypowiedziała zaledwie kilka lakonicznych zdań, jednak nigdy wcześniej nie przywiązywał do tego zbytniej wagi.
– Mówiły o tobie – rzekła. – Mamusia ostatnio czuje się coraz bardziej zmęczona.
Przed ponad czterema miesiącami usłyszał coś podobnego z jej ust, aczkolwiek od tamtej pory Patricia otwarcie nie powiedziała mu niczego tego typu. Zresztą dlaczego o tak ważnych sprawach rozmawiała ze swoją nowopoznaną koleżanką, zamiast omówić to z nim? Z drugiej strony, wiedział, że jego córka nie należała do grupy dzieci, które kłamiąc, próbowały zwrócić na siebie uwagę. Dlatego był święcie przekonany, iż mówiła prawdę.
Ponadto w Patricii zauważył dużą zmianę w zachowaniu, odkąd sprowadzili się do Barcelony. Przepuszczał, że problem nie tkwił wyłącznie w samym mieście, lecz w nich samych i Catalinie, która była nad wyraz despotyczna.
Kiedy wjechał w odpowiednią ulicę, deszcz w dalszym ciągu niemiłosiernie zacinał i zapowiadało, że nie zamierzał przestawać. Zdecydowanie zwolnił, wrzucił migacz i powoli wtoczył masywny pojazd na podjazd tuż pod dużym, piętrowym białym domem. Zgasił silnik, gdy samochód znalazł się w garażu, a następnie wysiadł, otwierając przy okazji drzwi Zaidzie. Dopiero, jak brama garażowa szczelnie się zamknęła, weszli przez drzwi łączące pomieszczenie z korytarzem wewnątrz domu.
– Jesteśmy! – oznajmiła od razu Zaida, siłując się z kurtką. – Jak ładnie pachnie! – dodała, gdyż w całym domu unosił się zapach smażonego mięsa.
W progu korytarza, pojawiła się Patricia,  która przywitawszy się z dziewczynką, pomogła się jej rozebrać. W tym samym czasie, David zrzucił z siebie mokrą, skórzaną kurtkę i bez żadnego czulszego powitania, skierował swoje kroki w stronę kuchni, omijając jadalnie, gdzie na stole widniała cała zastawa obiadowa.
– David? – usłyszał po chwili, gdy zaparzał sobie kawę. – Co się stało? Obiad prawie gotowy.
– Uhm, prezes klubu organizuje bankiet – rzucił ni stąd, ni zowąd, czekając na jej reakcję. – Mam nadzieję, że ze mną pójdziesz.
– Bankiet? Naprawdę? – powtórzyła. – Kto na nim będzie?
– Piłkarze z partnerkami, sztab szkoleniowy… Co za różnica? – odwrócił się w jej stronę, a przez jego ciało przepłynęła fala gniewu. – Dwudziestego dziewiątego listopada klub obchodzi sto jedenastą rocznicę założenia, dlatego w sobotę, dwa dni przed nią, odbędzie się przyjęcie.
Nie wiedział czemu nie chciała iść na zwykły bankiet. Wprawdzie miała znaleźć się w towarzystwie, które najwyraźniej nie zdobyło jej sympatii, ale uważał, iż nie był to wystarczający powód, aby od razu się sprzeciwiać.
W ostatnim czasie Patricia potrafiła skrywać w sobie wiele sprzecznych uczuć, momentami stawała się, wręcz oschła i zimna, jak lód. Za każdym razem, gdy on próbował w jakikolwiek sposób naprawić stosunki między nimi – ona niespodziewanie wyskakiwała z czymś podobnym.
– Catalina widziała cię z jakąś kobietą – powiedziała wprost, krzyżując ramiona na piersiach. Zamierzała mieć to za sobą. – Nigdy mi o niej nie wspominałeś.
– Masz na myśli Laurę? – Lekko się zmieszał. – To dziewczyna, która pracuje na recepcji w Ciutat Esportiva. Źle się poczuła i kilka razy odwiozłem ją do domu. To wszystko.
– Od kiedy zamieszkaliśmy w Barcelonie, zmieniłeś się, David.
Czuła, że zaczyna przekraczać pewną granicę, jednak chciała w końcu powiedzieć to, co ciążyło jej na duszy od kilku miesięcy. Kochała Davida, nie chciała go stracić, dlatego wiadomość o tajemniczej koleżance męża, dotknął ją bardziej, niż mogłaby przypuszczać. Była świadoma, że nad każdym małżeństwem pojawiały się czarne chmury, jednak zdrady nigdy by mu nie wybaczyła. Wszystko miało swoje granice.
– Ja się zmieniłem?! – Starał się zachować spokój, gdyż nie chciał narażać Zaidy na wysłuchiwanie kłótni. – To ty przestałaś być ze mną szczera! Rozmawiasz ze wszystkimi o naszych prywatnych sprawach, zamiast przyjść do mnie.
Utkwił brązowe oczy w twarzy Patricii, której mimika niewiele zdradzała. Często rozumieli się bez słów, jednak teraz nawet nie przypuszczał, co mogło krążyć jej po głowie. Dlaczego życie wiecznie płatało figla? Nie spuszczał wzroku ze swojej żony, dopóki ona tego pierwsza nie uczyniła, zerkając w stronę szklanego okna.
Może i nie był idealnym mężem, jednak szczerość w związku cenił przede wszystkim. Ponad dziesięć lat temu, gdy zgodziła się zostać jego żoną, wiedziała, na co się pisała, a co najważniejsze sprawiała wrażenie szczęśliwej u jego boku. Przetrwali wiele, ze wzlotami i upadkami, lecz zawsze potrafili wyjść na prostą.
– Dlaczego milczysz? – zapytał, widząc nagłe zwątpienie Patricii.
– Naprawdę ten bankiet jest dla ciebie taki ważny? – spytała.
Jej głos stawał się nieco niepewny, jednak nie chciała dać tego po sobie poznać. Jedyne, czego nigdy nie chciałaby usłyszeć z ust męża, to fakt, iż nastał koniec ich związku, a jego uczucie z dnia na dzień wygasło szybciej, niż się pojawiło.
Delikatna zmiana tematu zapewne nie była właściwa, ale patrząc na to z drugiej strony, mogli uniknąć kolejnej, poważnej kłótni. David nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, aczkolwiek nie chciał na nią naciskać, chciał dać jej czas, podobnie jak samemu sobie.
– Organizowany jest przez zarząd, więc powinnaś to zrozumieć – mruknął.
– Dobrze, w takim razie możesz na mnie liczyć… Pójdę z tobą na bankiet.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz