Laura stała pośrodku małej łazienki, spoglądając w swoje odbicie. Nałożywszy
na wąskie usta jasnoróżową, nabłyszczającą szminkę, zmrużyła niebieskie oczy i
oceniła końcowy efekt. Miała na sobie białą, rozkloszowaną sukienkę przed
kolano z koronkowymi motywami, a jej długie, blond włosy opadały swobodnie
falami na odkryte ramiona po obu stronach głowy. Długie rzęsy pociągnęła tuszem,
a na powiekach miała kreski zrobione grafitową kredką.
Cicho
westchnęła i unosząc delikatnie dłoń, przyłożyła ją do ciała, znacząc drogę od
rowka między piersiami, przez żebra, brzuch, aż skończyła na biodrach. Każdy,
kto ją kiedyś znał, potrafił zauważyć, iż na przełomie minionych miesięcy, zmieniła
się nie tylko na zewnątrz, ale wielkim zmianom uległo także jej życie.
Z
młodej, pełnej życia, odnoszącej sukcesy i zakochanej dziewczyny stała się, jedynie cieniem dawnej Laury. Za niecały
miesiąc miała skończyć dwadzieścia trzy lata, a na dobrą sprawę, nie osiągnęła w
życiu niczego, poza faktem, iż ukończyła studia dziennikarskie. Jeszcze parę
lat temu, zamierzała spełniać swoje marzenia w Londynie, rodzinnym mieście
matki, do którego przed paroma laty wyjechał także jej brat, jednak los szybko
zweryfikował jej plany.
Pomimo
rzuconych kłód pod nogi, nigdy się nie poddała i starała się żyć każdym dniem i
cieszyć się z tego, co jej pozostało. Ponadto miała przecież dla kogo wstawać
co dzień, bo chociaż jej matka zginęła, gdy była dzieckiem, a ojciec zmarł
przed wieloma laty na zawał serca to w dalszym ciągu miała u boku babcię,
Maríę.
Była
jej niezmiernie wdzięczna, że zajęła się nią w najgorszym okresie życia. Gdy
została zupełnie sama i z zupełnie niczym, ponieważ ojciec poza długami nie
miał nic więcej do zaoferowania to właśnie María jej nie porzuciła i
przygarnęła pod swój dach. To dzięki niej, Laurze udało się nabrać polotu –
skończyła liceum z dobrymi stopniami, podjęła pierwszej, wakacyjnej pracy w kwiaciarni,
aż ostatecznie za jej namową zdecydowała się na studia, na które samodzielnie
zarobiła.
Na samą
myśl, przybrała lekki uśmiech i wyszła z łazienki, kierując się do salonu.
Zobaczyła tam Maríę, siedzącą w starym, zużytym fotelu, a na jej kolanach spała
Lia, jedenastoletnia, biało-szara kotka.
–
Babciu, przyszykowałam ci kolację – powiedziała opierając się o oparcie kanapy.
– W lodówce masz kanapki.
–
Dziękuję, skarbie – odparła osiemdziesięcioletnia kobieta, w momencie, kiedy po
mieszkaniu w starej kamienicy rozległ się dźwięk domofonu. – Zjem później,
dobrze?
– Tak i
nie ma za co – odparła z uśmiechem. – Smacznego!
Na
pożegnanie pocałowała babcię w policzek, chwyciła za czerwoną kopertówkę i
czarny płaszcz, po czym skierowała się do drzwi.
–
Szanowni państwo, witam wszystkich i bardzo dziękuję za przybycie na tą ważną
dla naszej społeczności uroczystość. Nie przedłużając, chciałbym od razu
przekazać mikrofon naszemu prezesowi Sandro Rosell’owi.
David,
podobnie, jak pozostali zebrani w luksusowym pomieszczeniu, zaczął uderzać
równomiernie w dłonie. Kiedy po chwili donośne klaskanie ucichło, a głos zabrał
Rosell, odchrząknął i dyskretnie rozejrzał się po zebranych gościach.
Kątem
oka zerknął na siedzącego po prawej stronie Valdésa, który szeptał coś na ucho
swojej partnerce, a następnie w lewo na skupioną Patricię. Ubrana w długą, fioletową
sukienkę z włosami upiętymi w koka i delikatnie podkreślonymi oczami, wyglądała
naprawdę ładnie.
Instynktownie
przeniósł wzrok w kierunku drugiego krańca sali, gdzie przy bordowych
zasłonach, związanych złotą nicią, stała blondwłosa, niewysoka kobieta. Trzymając
w dłoni kieliszek z szampanem, uśmiechała się i słuchała stojącej obok młodego chłopaka,
którego skądś kojarzył.
Zmrużył
powieki, bowiem Laura, jak zwykle robiła piorunujące wrażenie. Gdy poznał ją
podczas jednych z pierwszych treningów w Ciutat Esportiva, od razu spostrzegł,
że miała niewiarygodne oczy. Błękitne, wpadające delikatnie w odcień szarości;
pełne pasji, emocji i uczuć, lecz zarazem dość smutne. Przy każdym,
najdrobniejszym ruchu, jej błyszczące włosy falował, zdawały się zostawiać po
sobie złote ślady w powietrzu. Krótka, biała sukienka w parze z czerwonymi
czółenkami, wspaniale kontrastowały z jej smukłą figurą.
Gdy
spostrzegła, że jej się przyglądał, zamarła. Popatrzyła na niego, oblała się
rumieńcem i odwróciła twarz w kierunku rozmówcy, chowając głowę w lokach.
– To
ona, prawda? – Niespodziewanie doszedł go lekko zażenowany głos Patricii. – To
o niej powiedziała mi Catalina? – powtórzyła tak pewnie, że aż go zaskoczyła.
–
Laura? – spytał, a grając na zwłokę, sięgnął po kieliszek szampana stojący na
stole. – Uhm, tak.
Patty
skinęła głową i spojrzała w kierunku kobiety, której jeszcze przed chwilą,
David intensywnie się przyglądał. Po samych rysach twarzy, wywnioskowała, że
miała kilka lat mniej, niż ona. I choćby nie chciała, musiała przyznać, iż była
bardzo atrakcyjna. Długonoga blondynka o bladym spojrzeniu oraz jasnej
karnacji, czyli typ urody rzadko spotykany w Hiszpanii, przez co pożądany wśród
męskiej populacji. Wyglądała tak idealnie, że niejedna dziewczyna mogłaby
pozazdrościć jej urody i smukłej sylwetki, o której ona mogła tylko pomarzyć.
Czując
gulę w gardle, przełknęła ślinę, a następnie zerknęła na Rosello, który pomału
kończył swoje przemówienie. Nie wiedziała, co myśleć o całej sytuacji. David powiedział,
że tylko odwoził Laurę kilka razy do domu, ale przyłapując jego zafascynowany
wzrok, poczuła pewnego rodzaju obawę.
Może przepuszczenia
Cataliny były słuszne?, biła się z myślami, tracąc pomału resztki zaufania do
swojego męża.
Catalina
skończywszy rozmowę ze swoją przyjaciółką, odłożyła słuchawkę i oparła się o wysepkę
kuchenną. Spędziła w towarzystwie dzieci Patricii zaledwie godzinę, a miała już
serdecznie dość ich obu. Zwyczajnie odczuwała zmęczenie. Były niesamowicie
aktywne, pełne energii, a starsza z nich posiadała potencjał, co najmniej na
adwokata. Buzia jej się nie zamykała przez cały czas, dopiero kiedy włączyła
jej jakąś kreskówkę, zasiadła spokojnie w salonie przed telewizorem.
W
prawdzie, nawet nie lubiła dzieci. Może dlatego, że przed kilkoma laty
poroniła. Może dlatego, że po prostu nie lubiła dzieci. Kiedy parę miesięcy
temu, poślubiła Ricardo, starszego o dwanaście lat bogatego przedsiębiorcę,
cieszyła się, iż okres pieluch miał za sobą. Niestety, jak się z czasem
okazało, jego piętnastoletnia córka, wcale nie była łatwiejsza w poskromieniu.
Wręcz przeciwnie. Camila była rozpieszczoną i zapatrzoną w siebie nastolatką,
która nie umiała udźwignąć brzemienia obowiązków, ponieważ jeżeli nie potrafiła
sobie z czymś poradzić, wysługiwała się Ricardo lub jego pieniędzmi. Robiła
wszystko, co tylko chciała, bowiem ojciec jej na to pozwalał.
Poprawiwszy
swoje gęste, brązowe loki, spojrzała na Olayę, siedzącą w krzesełku do
karmienia. Nim zdążyła zareagować, dziewczynka przechyliła butelkę i rozlała ciepłą
zawartość wokół siebie oraz zmoczyła różowe body.
–
Olaya! Rozlałaś swoje mleko. – Uniosła głos, czując, iż jej cierpliwość sięgała
zenitu. Hamując gniew uniosła dziewczynkę i skierowała się w stronę salonu,
gdzie Zaida siedziała na sofie ze swoją szklanką mleka. – Cholera, czy nie
potrafisz wypić mleka bez rozlewania?
– Nie,
nie, nie – wydukała Olaya, nie zdając sobie sprawy z sytuacji.
– Co
robisz? – Zaida, jak na zawołanie skierowała swoje duże, brązowe oczy na
kobietę niosącą jej młodszą siostrę. Nie przejmując się tym faktem, zerknęła kątem
oka ponownie na ekran telewizora. – Ciociu, czemu Flinstonowie nigdy nie pójdą
na plażę?
– Nie
wiem – burknęła przez zęby. – Gdzie mama trzyma wasze ubrania?
–
Zjadłam swoje płatki, a Olaya nie – poskarżyła się, mrużąc oczy.
– W
porządku. Zdarza się – powiedziała, starając się trzymać nerwy na wodzy. – Nie
zmieniaj tematu, Zaida. Gdzie mama trzyma ubrania twojej siostry?
– Na górze.
W pierwszym pokoju – odparła nieco zawiedziona.
– Więc
się na coś przydaj i przynieś mi coś do przebrania – zarządziła, sadzając Olayę
na kanapie. – Dobrze, podnieś swoje ręce. Cholera, no dalej, musimy to
ściągnąć, w porządku dziewczynko? Masz trochę mleka na sobie – powiedziała, a
gdy dostała nowe, czyste body, kontynuowała: – No już prawie. Proszę… Pozwól
założyć to na siebie.
Kiedy
parę minut później, udało się ją przebrać, ze zrezygnowaniem usiadła na
podłodze i oparła o sofę. Zdecydowanie nie nadawała się do opieki nad dziećmi,
jednak nie chciała zawieść zaufania Patricii. Tylko i wyłącznie dlatego przystała
na prośbę opieki nad tymi małymi potworami.
Czując ogromne
zmęczenie, sięgnęła po paczkę papierosów i odpaliła jednego nie bacząc na
obecność dzieci w pomieszczeniu. Przez moment obserwowała, jak Olaya próbując
utrzymać równowagę, skierowała się do wyjścia z salonu, ale w tym momencie
niewiele ją to obchodziło.
–
Rodzice nie pozwalają palić w domu – powiedziała nagle Zaida.
– Wybacz,
złotko, ale nie widzę twoich rodziców w domu. Więc kto mi zabroni? Ty? –
prychnęła, wypuszczając z ust kłębek dymu. Co, jak co, ale żaden bachor, nie
będzie dyktował jej warunków. – Dlaczego w ogóle jeszcze nie śpisz?
– Olaya
też jeszcze nie śpi – powiedziała, próbując się wybronić.
– Przez
całe życie chcesz porównywać się do młodszej siostry?
–
Poczekam za rodzicami. – Wyjaśniła, przegryzając policzek od wewnętrznej
strony. – Zawsze czytają mi bajkę – dodała pewniejszym tonem.
– Hm, co
zrobisz, jeśli nagle przestaną czytać bajki? Nie będziesz w ogóle spała? Zaida,
jesteś już dużą dziewczynką i powinnaś zauważyć, że w domu źle się dzieje –
stwierdziła, widząc, jak zmarszczyła czoło. – Co zrobisz, jeżeli tatuś znajdzie
sobie kogoś nowego i się rozstaną? Nie będziesz mogła go więcej widywać.
Wiedziała,
że zaczyna igrać z ogniem, jednak z drugiej strony, gdyby pięciolatka powiedziała
o wszystkim rodzicom to Patty by jej nie uwierzyła. Cat zawsze starała się
sprawiać pozory ułożonej kobiety, a Zaida była tylko małym dzieckiem, któremu
mogła nie przypaść zwyczajnie do gustu. Tak przecież robiły dzieciaki –
kłamały, aby zwrócić na siebie uwagę.
Widząc
jej wzruszoną twarz i oczy nachodzące łzami, uśmiechnęła się nikle, zaciągając
mocno szlugiem.
–
Głupia gówniara. – Wypuściła dym prosto w twarz dziewczynki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz