David wolnym krokiem przemierzał duże pomieszczenie, które rozbrzmiewało
muzyką hiszpańskiego piosenkarza, jakim był Enrique Iglesias, z kawałkiem
„Dimelo”. Fakt faktem nie był zagorzałym słuchaczem wykonawcy, jednak go cenił.
W dwutysięcznym ósmym roku, podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej, miał
nawet zaszczyt poznać mężczyznę przed finałowym meczem, na którym wykonywał jeden
ze swoich utworów.
Wiele
par znajdowało się na środku sali w wyznaczonym do tańca obszarze. Ruszył w
stronę stołu, przy którym na początku przyjęcia zasiadł z żoną. Tym razem jej
tam nie dostrzegł. Uniósł głowę rozglądając się po sali próbując znaleźć
Patricię.
–
Widzieliście Patricię? – spytał w końcu, pochylając się nad Victorem Valdésem i
jego partnerką, Yolandą. – Nigdzie jej nie widzę.
–
Wydawało mi się, że poszła do toalety. – Yolanda zadarła delikatnie głowę w
górę, aby móc spojrzeć na twarz Villi.
Pośpiesznie
uniósł wzrok zerkając w kierunku, o którym mówiła kobieta. Miała rację, gdyż
Patricia w szybkim tempie opuściła korytarz kierując swoje kroki w stronę wyjścia
z hotelu. Uniósł znacząco brwi obserwując oddalającą się sylwetkę, po czym
przeniósł wzrok na zdziwione miny swoich rozmówców.
Zacisnął
zęby, a pośpiesznie naciągając z powrotem na barki marynarkę, ruszył w stronę wyjścia.
–
Patricia! – krzyknął, gdy znaleźli się przed wysokim budynkiem. – Patty!
Poczekaj!
Podczas
przeciskania się przez gości, zdążył oznajmić trenerowi, że opuszcza bankiet i
najprawdopodobniej nie wróci. Miał zwyczajnie złe przeczucia. Kobieta w końcu zatrzymała
się, a on doskonale wiedział, że jej mina nie wróży nic dobrego.
–
Dobrze się bawiłeś? Po to chciałeś tutaj przyjechać? – spytała z wyrzutem.
David
zmarszczył czoło, przyglądając się żonie z niepokojem. Gdy rozchylił usta, aby
w jakikolwiek sposób się usprawiedliwić, Patty pokręciła głową.
– Chcę
jechać do domu – oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Teraz.
– Ale…
– zaczął, chcąc wiedzieć, co dokładnie wpłynęło na jej zachowanie.
–
Zabierz mnie do domu – powiedziała twardo. – O nic więcej nie proszę.
Przeczuwał,
iż chodziło o Laurę. Nie był jednak pewien, co takiego się zdarzyło. Może widziała
go rozmawiającego z Enríquez. Wprawdzie działała ona na niego w nieznany dotąd
sposób, jednak jak do tej pory, wszystko trzymał pod kontrolą.
–
Dobrze – powiedział z uległością w głosie. – Jak sobie życzysz.
Nic
więcej nie mówiąc, wyciągnął telefon z kieszeni spodni, po czym z książki
telefonicznej wybrał numer taksówkarza.
Kilkanaście
minut później, wszedł do domu i zamknął drzwi za sobą i Patricią, która podczas
jazdy nie odezwała się do niego, ani raz. Przechodząc przez salon, zauważył
Catalinę śpiącą na sofie, co świadczyło, że dzieci były w swoich pokojach.
Zmierzając
schodami w górę, rozluźnił krawat, a następnie rozpiął górną część koszuli. Bezszelestnie
otworzył drzwi do swojej sypialni, gdzie w łóżeczku pod oknem spała Olaya. Mimo
ciemności panujących w pomieszczeniu, podszedł bliżej a pochylając nad córką,
pogłaskał jej główkę. W następnej kolejności ruszył w stronę pokoju naprzeciw, gdzie
powinna znajdować się najstarsza córka.
Zanim
jednak zdążył podejść do łóżka, zauważył, że pięciolatka się poruszyła i
ułożyła na wznak, patrząc na niego dużymi, brązowymi tęczówkami.
–
Zaida, dlaczego znów nie śpisz? – spytał, a usiadłszy na łóżku, zapalił nocną
lampkę na stoliku. Od razu spostrzegł, iż miała zaszklone oczy. – Płakałaś?
Dlaczego? Coś się stało? – zapytał podejrzliwie.
– Nie –
zaprzeczyła, a wymuszając niemrawy uśmiech, dodała: – Tatusiu, zawsze będę
mogła cię widywać, prawda?
– Słucham?
– zapytała zdziwiony. – Oczywiście, że tak, Zaida! Skąd w ogóle takie pytanie?
–
Kochasz jeszcze mamusię? – kontynuowała, a David z wrażenie uchylił usta. Nie
rozumiał, dlaczego takie pytania krążyły po jej głowie. – Kochasz? – powtórzyła
z naciskiem, jakby nie zamierzała zaakceptować innej odpowiedzi, niż
potwierdzenia.
– Tak.
Oczywiście, że kocham – powiedział, jakby chciał utwierdzić samego siebie w tym
przekonaniu.
Delikatny
uśmiech rozpromienił twarz Zaidy. Zwinnie podniosła się do pozycji siedzącej,
po czym swoimi rączkami otoczyła ciało Davida wtulając twarz w czarną
marynarkę.
Zapadł
zmrok, którego zdawał się nie dostrzegać. Księżyc zawieszony na niebie ścierał
sen z powiek. Niemal, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, niewielki
lasek zmienił się w gęstwinę pnączy spowitych mgłą. Pod żadnym względem widok
nie przypominał ani trochę owocowych sadu.
Nagle
poczuł, jak dłoń Zaidy, zacisnęła się w jego ręce. Wykonał energicznie obrót,
odszukując wzrokiem jakiegoś wyjścia – jakiejś iskierki nadziei na ucieczkę, ale
dookoła otaczały ich tylko opary ciemnoszarej mgły.
Przeszył
go nieprzyjemny dreszcz. Nie rozumiał, dlaczego tkwili w tak obskurnym miejscu,
bez możliwości ucieczki. Mając wrażenie, iż serce zaraz wyskoczy mu z klatki
piersiowej, przyśpieszył tempa, stawiając kroki przed siebie.
Po
ułamku sekundy, ujrzał wolno zbliżającą się postać w ich kierunku. Zatrzymał
się, niepewnie zerkając w prawo i lewo, aby nie stracić postaci z oczu na dłuższy
czas. W tym samym momencie przeistoczyła chód w bieg przeskakując korzenie, co
chwilę wyplątując się z zatrzymujących ją pnączy.
Zanim
zdołał podjąć działanie, wyczuł jak drobna dłoń córki wyślizguje się z jego
uścisku. Chciał spojrzeć w tamtą stronę, jednak mocno wymierzony cios w okolice
klatki piersiowej i brzuch, sprawił, że nie mógł oddychać. Dusił się.
Zanim
stracił kontakt ze światem, usłyszał mrożący krew w żyłach, a zarazem
przeciągły, pełen przerażania krzyk Zaidy…
– Nie,
nie, nie – wymamrotał David przez sen, z którego nagle się przebudził. –
Cholera – przeklął pod nosem.
Podniósł
do pozycji siedzącej, próbując uspokoić swój niemrawy oddech. Chora wyobraźnia
płatała mu figle, a jedyne czego pragnął w tym momencie, to aby w tych
koszmarach przestała pojawiać się Zaida. Nie potrafił zrozumieć tego snu, choć
widział wyraźne podobieństwa do poprzedniego: tajemnicza postać, on, Zaida i
przerażający, końcowy krzyk.
Potrząsnąwszy
głową, przeniósł wzrok na leżącą obok córkę, z którą musiał zasnąć, kiedy się obok
niej położył po powrocie z bankietu. Widok Zaidy w pewnym sensie go uspakajał,
gdyż dzięki temu wiedział, iż jest cała i zdrowa.
Za
oknem świtało, dlatego zsunął stopy na podłogę pokrytą dywanem i wstał z łóżka
najciszej, jak potrafił. Zanim wyszedł z pokoju, przymknął drzwi, po czym
rozpinając białą koszulę ruszył w stronę łazienki.
W
niedzielny poranek, Laura, siedziała na łóżku przykryta grubym kocem, opierając
się o kolorowe poduszki. Trzymając na kolanach laptop, przejrzała kilka podstawowych
stron zapisanych w zakładkach przeglądarki, po czym odłożyła sprzęt na bok i
sięgnęła po gruby zeszyt leżący na szafce.
Chwyciwszy
za długopis, otworzyła na czystej kartce brulion, który założyła do spisywania
wszelkich pomysłów. Od dłuższego czasu zamierzała napisać w końcu coś
prawdziwego i poważnego, a co najważniejsze, obrała już sobie główny kontekst.
Był nim
nie kto inny, jak David. Za cel postawiła sobie napisania o nim najlepiej, jak
tylko potrafiła. Chociaż nigdy nie była w tym bardzo dobra to zawsze, wszystkim
powtarzała, że przecież intencje były najważniejsze. Zerknęła na pierwsze trzy
wersy utworu, układające się w spójną i logiczną całość.
Uniosła
długopis, przykładając końcówkę do ust. Zmarszczyła czoło, przenosząc wzrok za
okno, gdzie rozpościerał się widok na stare kamienice, podobne do tej w której
mieszkała. Próbowała szukać inspiracji we wszystkim dookoła, choć nie potrafiła
się skupić na spisywanych myślach.
Od
kilku godzin, dręczyła ją sytuacja, kiedy Patricia zaatakowała ją słownie, a
następnie niemal staranowała. Była wściekła i nie chciała z nią nawet
rozmawiać.
Kiedy
ubiegłego wieczoru opuszczała taras, widziała Patty wychodzącą z sali, dlatego
uznała, że być może była świadkiem jej rozmowy z Davidem. Chciała tylko
wszystko z nią wyjaśnić, a w zamian została obrażona, co ją dodatkowo zabolało.
Tym bardziej, że mimo uczucia, które w niej zakiełkowało względem Davida to pod
żadnym pozorem nie chciała niszczyć tego, co wypracował sobie z żoną.
Później
Andrea opowiedziała jej, że Patty najwyraźniej podsłuchała kawałek jej rozmowy
Valerią. Niestety po wyjściu z łazienki, nie znalazła, ani Davida, ani
Patricii. Nie była w stanie wytłumaczyć tej sytuacji.
Nagle
spokój panujący w pokoju przerwało ciche pukanie do drzwi i po chwili w progu
pojawiła się María, niosąca na tacce kanapki i ciepłą herbatę. Uśmiechnęła się,
widząc jak kobieta postawiła śniadanie na stoliku, koło łóżka.
– Laura,
kochanie, jak się czujesz? – spytała z troską w głosie, przysiadając obok niej.
– Słyszałam, że wcześnie wczoraj wróciłaś.
– Nie
czułam się najlepiej – odparła, sięgając po kubek z miętą. – Dzisiaj jest dużo
lepiej – dodała, widząc zaniepokojenie na twarzy staruszki.
–
Chciałabyś pójść ze mną dzisiaj na zakupy? – zaproponowała, głaszcząc ją
pieszczotliwie po włosach, a następnie zakładając kosmyk włosów za ucho. –
Około południa?
–
Dobrze. Z wielką chęcią. – Laura skinęła ochoczo głową.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz