6.

David wolnym krokiem przemierzał duże pomieszczenie, które rozbrzmiewało muzyką hiszpańskiego piosenkarza, jakim był Enrique Iglesias, z kawałkiem „Dimelo”. Fakt faktem nie był zagorzałym słuchaczem wykonawcy, jednak go cenił. W dwutysięcznym ósmym roku, podczas Mistrzostw Europy w piłce nożnej, miał nawet zaszczyt poznać mężczyznę przed finałowym meczem, na którym wykonywał jeden ze swoich utworów.
Wiele par znajdowało się na środku sali w wyznaczonym do tańca obszarze. Ruszył w stronę stołu, przy którym na początku przyjęcia zasiadł z żoną. Tym razem jej tam nie dostrzegł. Uniósł głowę rozglądając się po sali próbując znaleźć Patricię.
– Widzieliście Patricię? – spytał w końcu, pochylając się nad Victorem Valdésem i jego partnerką, Yolandą. – Nigdzie jej nie widzę.
– Wydawało mi się, że poszła do toalety. – Yolanda zadarła delikatnie głowę w górę, aby móc spojrzeć na twarz Villi.
Pośpiesznie uniósł wzrok zerkając w kierunku, o którym mówiła kobieta. Miała rację, gdyż Patricia w szybkim tempie opuściła korytarz kierując swoje kroki w stronę wyjścia z hotelu. Uniósł znacząco brwi obserwując oddalającą się sylwetkę, po czym przeniósł wzrok na zdziwione miny swoich rozmówców.
Zacisnął zęby, a pośpiesznie naciągając z powrotem na barki marynarkę, ruszył w stronę wyjścia.
– Patricia! – krzyknął, gdy znaleźli się przed wysokim budynkiem. – Patty! Poczekaj!
Podczas przeciskania się przez gości, zdążył oznajmić trenerowi, że opuszcza bankiet i najprawdopodobniej nie wróci. Miał zwyczajnie złe przeczucia. Kobieta w końcu zatrzymała się, a on doskonale wiedział, że jej mina nie wróży nic dobrego.
– Dobrze się bawiłeś? Po to chciałeś tutaj przyjechać? – spytała z wyrzutem.
David zmarszczył czoło, przyglądając się żonie z niepokojem. Gdy rozchylił usta, aby w jakikolwiek sposób się usprawiedliwić, Patty pokręciła głową.
– Chcę jechać do domu – oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Teraz.
– Ale… – zaczął, chcąc wiedzieć, co dokładnie wpłynęło na jej zachowanie.
– Zabierz mnie do domu – powiedziała twardo. – O nic więcej nie proszę.
Przeczuwał, iż chodziło o Laurę. Nie był jednak pewien, co takiego się zdarzyło. Może widziała go rozmawiającego z Enríquez. Wprawdzie działała ona na niego w nieznany dotąd sposób, jednak jak do tej pory, wszystko trzymał pod kontrolą.
– Dobrze – powiedział z uległością w głosie. – Jak sobie życzysz.
Nic więcej nie mówiąc, wyciągnął telefon z kieszeni spodni, po czym z książki telefonicznej wybrał numer taksówkarza.
Kilkanaście minut później, wszedł do domu i zamknął drzwi za sobą i Patricią, która podczas jazdy nie odezwała się do niego, ani raz. Przechodząc przez salon, zauważył Catalinę śpiącą na sofie, co świadczyło, że dzieci były w swoich pokojach.
Zmierzając schodami w górę, rozluźnił krawat, a następnie rozpiął górną część koszuli. Bezszelestnie otworzył drzwi do swojej sypialni, gdzie w łóżeczku pod oknem spała Olaya. Mimo ciemności panujących w pomieszczeniu, podszedł bliżej a pochylając nad córką, pogłaskał jej główkę. W następnej kolejności ruszył w stronę pokoju naprzeciw, gdzie powinna znajdować się najstarsza córka.
Zanim jednak zdążył podejść do łóżka, zauważył, że pięciolatka się poruszyła i ułożyła na wznak, patrząc na niego dużymi, brązowymi tęczówkami.
– Zaida, dlaczego znów nie śpisz? – spytał, a usiadłszy na łóżku, zapalił nocną lampkę na stoliku. Od razu spostrzegł, iż miała zaszklone oczy. – Płakałaś? Dlaczego? Coś się stało? – zapytał podejrzliwie.
– Nie – zaprzeczyła, a wymuszając niemrawy uśmiech, dodała: – Tatusiu, zawsze będę mogła cię widywać, prawda?
– Słucham? – zapytała zdziwiony. – Oczywiście, że tak, Zaida! Skąd w ogóle takie pytanie?
– Kochasz jeszcze mamusię? – kontynuowała, a David z wrażenie uchylił usta. Nie rozumiał, dlaczego takie pytania krążyły po jej głowie. – Kochasz? – powtórzyła z naciskiem, jakby nie zamierzała zaakceptować innej odpowiedzi, niż potwierdzenia.
– Tak. Oczywiście, że kocham – powiedział, jakby chciał utwierdzić samego siebie w tym przekonaniu.
Delikatny uśmiech rozpromienił twarz Zaidy. Zwinnie podniosła się do pozycji siedzącej, po czym swoimi rączkami otoczyła ciało Davida wtulając twarz w czarną marynarkę.

Zapadł zmrok, którego zdawał się nie dostrzegać. Księżyc zawieszony na niebie ścierał sen z powiek. Niemal, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, niewielki lasek zmienił się w gęstwinę pnączy spowitych mgłą. Pod żadnym względem widok nie przypominał ani trochę owocowych sadu.
Nagle poczuł, jak dłoń Zaidy, zacisnęła się w jego ręce. Wykonał energicznie obrót, odszukując wzrokiem jakiegoś wyjścia – jakiejś iskierki nadziei na ucieczkę, ale dookoła otaczały ich tylko opary ciemnoszarej mgły.
Przeszył go nieprzyjemny dreszcz. Nie rozumiał, dlaczego tkwili w tak obskurnym miejscu, bez możliwości ucieczki. Mając wrażenie, iż serce zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej, przyśpieszył tempa, stawiając kroki przed siebie.
Po ułamku sekundy, ujrzał wolno zbliżającą się postać w ich kierunku. Zatrzymał się, niepewnie zerkając w prawo i lewo, aby nie stracić postaci z oczu na dłuższy czas. W tym samym momencie przeistoczyła chód w bieg przeskakując korzenie, co chwilę wyplątując się z zatrzymujących ją pnączy.
Zanim zdołał podjąć działanie, wyczuł jak drobna dłoń córki wyślizguje się z jego uścisku. Chciał spojrzeć w tamtą stronę, jednak mocno wymierzony cios w okolice klatki piersiowej i brzuch, sprawił, że nie mógł oddychać. Dusił się.
Zanim stracił kontakt ze światem, usłyszał mrożący krew w żyłach, a zarazem przeciągły, pełen przerażania krzyk Zaidy…
– Nie, nie, nie – wymamrotał David przez sen, z którego nagle się przebudził. – Cholera – przeklął pod nosem.
Podniósł do pozycji siedzącej, próbując uspokoić swój niemrawy oddech. Chora wyobraźnia płatała mu figle, a jedyne czego pragnął w tym momencie, to aby w tych koszmarach przestała pojawiać się Zaida. Nie potrafił zrozumieć tego snu, choć widział wyraźne podobieństwa do poprzedniego: tajemnicza postać, on, Zaida i przerażający, końcowy krzyk.
Potrząsnąwszy głową, przeniósł wzrok na leżącą obok córkę, z którą musiał zasnąć, kiedy się obok niej położył po powrocie z bankietu. Widok Zaidy w pewnym sensie go uspakajał, gdyż dzięki temu wiedział, iż jest cała i zdrowa.
Za oknem świtało, dlatego zsunął stopy na podłogę pokrytą dywanem i wstał z łóżka najciszej, jak potrafił. Zanim wyszedł z pokoju, przymknął drzwi, po czym rozpinając białą koszulę ruszył w stronę łazienki.

W niedzielny poranek, Laura, siedziała na łóżku przykryta grubym kocem, opierając się o kolorowe poduszki. Trzymając na kolanach laptop, przejrzała kilka podstawowych stron zapisanych w zakładkach przeglądarki, po czym odłożyła sprzęt na bok i sięgnęła po gruby zeszyt leżący na szafce.
Chwyciwszy za długopis, otworzyła na czystej kartce brulion, który założyła do spisywania wszelkich pomysłów. Od dłuższego czasu zamierzała napisać w końcu coś prawdziwego i poważnego, a co najważniejsze, obrała już sobie główny kontekst.
Był nim nie kto inny, jak David. Za cel postawiła sobie napisania o nim najlepiej, jak tylko potrafiła. Chociaż nigdy nie była w tym bardzo dobra to zawsze, wszystkim powtarzała, że przecież intencje były najważniejsze. Zerknęła na pierwsze trzy wersy utworu, układające się w spójną i logiczną całość.
Uniosła długopis, przykładając końcówkę do ust. Zmarszczyła czoło, przenosząc wzrok za okno, gdzie rozpościerał się widok na stare kamienice, podobne do tej w której mieszkała. Próbowała szukać inspiracji we wszystkim dookoła, choć nie potrafiła się skupić na spisywanych myślach.
Od kilku godzin, dręczyła ją sytuacja, kiedy Patricia zaatakowała ją słownie, a następnie niemal staranowała. Była wściekła i nie chciała z nią nawet rozmawiać.
Kiedy ubiegłego wieczoru opuszczała taras, widziała Patty wychodzącą z sali, dlatego uznała, że być może była świadkiem jej rozmowy z Davidem. Chciała tylko wszystko z nią wyjaśnić, a w zamian została obrażona, co ją dodatkowo zabolało. Tym bardziej, że mimo uczucia, które w niej zakiełkowało względem Davida to pod żadnym pozorem nie chciała niszczyć tego, co wypracował sobie z żoną.
Później Andrea opowiedziała jej, że Patty najwyraźniej podsłuchała kawałek jej rozmowy Valerią. Niestety po wyjściu z łazienki, nie znalazła, ani Davida, ani Patricii. Nie była w stanie wytłumaczyć tej sytuacji.
Nagle spokój panujący w pokoju przerwało ciche pukanie do drzwi i po chwili w progu pojawiła się María, niosąca na tacce kanapki i ciepłą herbatę. Uśmiechnęła się, widząc jak kobieta postawiła śniadanie na stoliku, koło łóżka.
– Laura, kochanie, jak się czujesz? – spytała z troską w głosie, przysiadając obok niej. – Słyszałam, że wcześnie wczoraj wróciłaś.
– Nie czułam się najlepiej – odparła, sięgając po kubek z miętą. – Dzisiaj jest dużo lepiej – dodała, widząc zaniepokojenie na twarzy staruszki.
– Chciałabyś pójść ze mną dzisiaj na zakupy? – zaproponowała, głaszcząc ją pieszczotliwie po włosach, a następnie zakładając kosmyk włosów za ucho. – Około południa?
– Dobrze. Z wielką chęcią. – Laura skinęła ochoczo głową. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz