David stał w miejscu, oszołomiony słowami brązowowłosej kobiety. Na przemian
przyglądał się przedszkolankom i młodemu mężczyźnie, ubranemu w policyjny
mundur. Gdyby nie on, pomyślałaby, że wszystko jest jakimś głupim żartem i zaraz
roześmiana Zaida wyskoczy z szafy krzycząc „niespodzianka”.
Czując
przepływający dreszcz przez ciało, zacisnął zęby i dłonie w pięści, byleby
tylko zapanować nad własnymi emocjami.
Może to
jeden z tych koszmarów, które ostatnio nawiedzają moją głowę?, spytał się w
myślach, lecz widzą przerażenie na twarzach pozostałych dzieci i opiekunek,
szybko wywnioskował, iż działo się to naprawdę.
– Jak
to do cholery znikła? – spytał, próbując zachować spokój.
– Nie
zdaje sobie pan sprawy, jak ciężko jest upilnować dwadzieścia pięć dzieci.
Takie wypadki czasami się zdarzają – zaczęła niepewnie kobieta stojąca nieco z
tyłu.
–
Zdarzają?! Jeżeli nie jest pani w stanie upilnować dzieci to najwyższa pora
zmienić zawód! – Uniósł głos, nie mając pojęcia, jak się zachować; czy kontynuować
zbędny monolog z nieodpowiedzialnymi kobietami, czy opuścić te miejsce w
poszukiwaniu Zaidy. – Każdego dnia przyprowadzając tutaj dziecko, sądziłem, że będzie
tutaj bezpieczna. Najwyraźniej się myliłem – dodał.
– Panie
Villa, proszę się uspokoić – odezwał się policjant. – Sprawa została przekazana
dalej, a dyrektorka placówki już tutaj jedzie.
Spojrzał
na szczupłego mężczyznę, lecz nie zamierzał wdawać się w dalszą rozmowę. Czuł,
że powinien na własną rękę poszukać swojego dziecka.
– Jeżeli
mojej córce spadnie choćby włos z głowy, obiecuję, że nie znajdą panie już
pracy jako przedszkolanki – warknął, rzucając zawistne spojrzenie kobietom.
Nie
zwracając uwagi na nawoływanie kobiet, po prostu odwrócił się i pośpiesznie
skierował w stronę wyjścia. Nie miał ochoty na nie patrzeć i czuł, że robiło mu
się duszno. Rozumiał, że przedszkole to nie więzienie, ale w takim razie pod czyją
opieką była jego córka?
Z
rozmachem popchnął główne drzwi, o mało nie taranując jakiegoś mężczyzny, który
krzyknął jakieś przekleństwo w jego stronę. Nie obchodziło go to wcale, gdyż
miał ważniejszą sprawę na głowie. Ruszył do samochodu, w którym siedziała
Laura. Obserwowała go uważnie ze zmarszczonym czołem, dopóki nie zasiadł z
powrotem przed kierownicą.
Nie
dość, że poznał prawdę na temat choroby Laury to na domiar złego jego córka
zniknęła. Czy ten dzień mógł być jeszcze gorszy?
– David,
gdzie jest Zaida? – spytała niepewnie Enríquez. – David?
– Nie
ma jej. – Uniósł bezradnie dłonie w górę, starając się, aby jego głos nie były
niemiły lub szorstki. – Po prostu jej nie ma.
– Jak
to możliwe? – Nie kryła zdziwienia, obserwując z uwagą, siedzącego obok niej
mężczyznę. Niewiedziała, czy lepszym rozwiązaniem będzie milczenie, czy może próba
pocieszenia Hiszpana. – Uciekła? – dodała.
–
Najwyraźniej. Nie mają nawet pojęcia, kiedy to się stało. – Jego głos zaczął
się łamać, jednak czuł, że u boku Laury nie musi nic udawać. – Wszystko idzie
nie po mojej myśli!
– David
– szepnęła, układając dłoń na jego ramieniu. – Możemy przejechać się po mieście.
Znajdziemy ją, David.
Laura
stawiała go w zupełnie nowym świecie, w którym nawet popełnione zło, mogło
zostać zrozumiane i przebaczone. Uświadomiła mu tak wiele rzeczy, z których nie
zdawał sobie dotąd sprawy.
Skinąwszy
głową, poczuł, jak dotyk dziewczyny zniknął, po czym odpalił silnik i wyjechał
na ruchliwą ulicę. Otwierając schowek, sięgnął po telefon, który poinformował go
o trzech połączeniach. Wszystkie od Patricii. Westchnął głośno, wybierając na
dotykowym ekranie numer żony. Po chwili, gdy po raz drugi włączyła się poczta
głosowa, odłożył smartfona na swoje miejsce.
–
Różowy płaszczyk, ciemne włosy i dwa kucyki? – spytała Laura po niespełna dwudziestu
minutach jazdy. – Czy to nie przypadkiem ona? – Przyłożyła opuszek palca do
szyby, wskazując bawiącą się w parku dziewczynkę.
Villa przeniósł wzrok w kierunku, który
wskazywała blondynka. Poczuł, jak serce przyśpieszyło tempa, po czym odruchowo
wcisnął hamulec. Samochodem delikatnie zarzuciło, a jego uszy dobiegł dźwięk
klaksonu jadącego za nimi Mercedesa. Nie przykładając do tego większej uwagi, pośpiesznie
zaparkował pojazd na krawężniku.
–
Poczekaj tutaj dobrze? – zapytał, zerkając przelotnie na Laurę, a kiedy skinęła
głową, wysiadł i ruszył w stronę niewysokiej postaci. – Zaida! – krzyknął.
Gdy
dziewczynka nie zareagowała, postanowił podbiec do niej, jak najszybciej. Niespodziewanie
poczuł w klatce piersiowej niepokój, niepozwalający skupić się na przemierzeniu
odległości dzielącej od dziecka.
–
Zaida! – Ponownie wykrzyczał imię. – Słyszysz mnie?
Mężczyzna
zacisnął zęby, układając dłoń na ramieniu dziewczynki, tym samym odwracając jej
ciało w swoją stronę. Poczuł lekki zawód, gdy zamiast twarzy córki dostrzegł
przerażone, nieznane sobie dziecko. Momentalnie uwolnił ją ze swojego uścisku, a
kątem oka zauważył podnoszącą się kobietę, która ruszyła w ich stronę, nie
spuszczając z nich ani na chwilę wzroku.
– Najmocniej
przepraszam. Po prostu myślałem, że… – zaczął się tłumaczyć, gdy kobieta była
wystarczająco blisko, po czym uznał, iż nie zamierza tracić czasu na pogawędki.
– Zresztą nieważne. Jeszcze raz przepraszam za najście.
Odwrócił
się w drugą stronę i kręcąc ze zrezygnowaniem głową, ruszył w stronę Audi. Laura
obserwując sytuacje zza szklanej szyby w ułamku sekundy pogodziła z zaistniałą
sytuacją. Nie była to Zaida. Mimo wszystko wysiadła z samochodu na chłodne
powietrze i ruszyła w stronę Villi.
– Och,
David, tak mi przykro – powiedziała, gdy stanęła przed nim. Widziała, jak na jego
twarzy malował się grymas bólu. – Przepraszam, że narobiłam ci nadziei.
Myślałam, że w końcu ją znaleźliśmy.
– Także
wierzyłem, że to ona. – Złapał się bezradnie za głowę.
Serce
Laury się krajało, gdy widziała go w takim stanie. W jego brązowych tęczówkach spostrzegła
wielki ból i tęsknotę. Nie potrafiła mu pomóc, nie tak, jakby chciała. Nie
potrafiła zabrać tego cierpienia z jego ciała, z jego umysłu, z jego oczu.
Dziewczyna
niewiele myśląc, może nieco pod impulsem, zmniejszyła odległość między nimi do
minimum i przytuliła go ostrożnie, jakby nie była pewna, czy jej nie odepchnie.
David przez ułamek sekundy stał w zupełnym bezruchu, nie wiedząc, co zrobić, lecz
po chwili także ułożył swoje dłonie na jej plecach.
– Twoja
córka się znajdzie, David – szepnęła, a czując, że przyciąga ją mocniej do
siebie, oparła swobodniej podbródek na jego ramieniu. – Zapewniam cię.
Zaida
stanowczym krokiem przemierzała ulice Barcelony, ściskając w dłoniach różowy
plecaczek. Niebo zaczynało przybierać szarą barwę, przez co zaczynała się
niepokoić, ponieważ nigdy dotąd nie opuszczała domu samotnie.
Idąc
przed siebie, starała się nie zwracać uwagi na to, jak nieliczni przechodnie na
nią spoglądali. Była wściekła na rodziców, nie wiedziała, która jest godzina i
jaki był dzień tygodnia. Chciała tylko znaleźć się, jak najdalej od domu.
W ciągu
kilku minut dotarła pod cel swój podróży, którym był potężny budynek dworca
autobusowego. Przez zamocowane na ścianach głośniki rozlegały się ciągle informacje
o przyjazdach i odjazdach. Rozglądając się uważnie po okolicy, uświadomiła
sobie, że jest skazana wyłącznie na siebie.
– Mam przecież
pięć lat. Muszę być dzielna – powiedziała cicho.
Szybkim
krokiem ruszyła w stronę wejścia na dworzec, myślami błądząc przy rodzicach. Swoją
ucieczką z przedszkola, chciała dać im szansę na wyjaśnienie wszystkie sprawy. Jej
ojciec był silnym mężczyzną, dlatego sądziła, że da radę. Patty z kolei nie
pozwalała przetłumaczyć sobie niektórych spraw. Po poznaniu Cataliny, sprawiała
wrażenie, jakby wytworzyła wokół siebie kapsułę, przez którą nie można było się
przebić.
Ukradkiem
zerknęła na małego chłopczyka ściskającego dłoń ojca, równomiernie
przemierzających hol dworca. Spuściła wzrok, zastanawiając się, jakie będzie
jej dalsze życie. Czy bliskie osoby ją opuszczą? Czy ludzie na ulicy będą
wytykali jej rodzinę palcami?
Westchnąwszy,
wyciągnęła z plecaka pieniądze, które wzięła z portfela Davida i stanęła przy
okienku biletowym na palcach, aby dostrzec pulchną twarz, starszej kobiety.
– Dzień
dobry – przywitała się. – Chciałabym kupić bilet do Langreo.
Wyciągnęła
rękę przed siebie, aby wyłożyć wszystkie pieniądze kasjerce na ladę. W Langreo
mieszkali rodzice Davida, do których za swego czasu bardzo często jeździli. Po przeprowadzce
do Barcelony wiele spraw uległo zmianie, dlatego bardzo tęskniła za dziadkami.
– Dzień
dobry – odparła kobieta, pochylając do przodu, aby przyjrzeć się swojej
rozmówczyni. Po chwili uniosła wzrok, aby sprawdzić, czy dziewczynka przyszła
samotnie. – Do Langreo? – powtórzyła, zerkając na dużą sumę pieniędzy, którymi
chciała zapłacić za pojedynczy bilet. – Hm, gdzie twoi rodzice, skarbie?
– Uhm,
ma-mamusia tam na mnie czeka. – Skłamała wskazując palcem w bliżej
nieokreślonym kierunku.
Kobieta
siedząca za kasą, spojrzała podejrzliwie w danym kierunku, gdzie stała
ciemnowłosa osoba, zawzięcie dyskutująca przez telefon. Była nią młoda
studentka, która dosłownie przed chwilą kupowała u niej bilet do Madrytu.
Już
kilka minut później, Zaida siedziała w niewielkim pomieszczeniu wpatrując się brązowymi
oczami w kobietę zza okienka biletowego. Niestety nie udało jej się nabrać
kasjerki, przez co nie otrzymała cennej przepustki do małego miasteczka w
Asturii.
–
Zawiadomiłam policję – oznajmiła
spokojnie, odkładając słuchawkę telefonu. – Powiedzieli, że w przeciągu
dwudziestu minut przyjadą. Nie musisz się bać. To mili panowie i zabiorą cię do
domu, Zaida.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz