8.

David stał w miejscu, oszołomiony słowami brązowowłosej kobiety. Na przemian przyglądał się przedszkolankom i młodemu mężczyźnie, ubranemu w policyjny mundur. Gdyby nie on, pomyślałaby, że wszystko jest jakimś głupim żartem i zaraz roześmiana Zaida wyskoczy z szafy krzycząc „niespodzianka”.
Czując przepływający dreszcz przez ciało, zacisnął zęby i dłonie w pięści, byleby tylko zapanować nad własnymi emocjami.
Może to jeden z tych koszmarów, które ostatnio nawiedzają moją głowę?, spytał się w myślach, lecz widzą przerażenie na twarzach pozostałych dzieci i opiekunek, szybko wywnioskował, iż działo się to naprawdę.
– Jak to do cholery znikła? – spytał, próbując zachować spokój.
– Nie zdaje sobie pan sprawy, jak ciężko jest upilnować dwadzieścia pięć dzieci. Takie wypadki czasami się zdarzają – zaczęła niepewnie kobieta stojąca nieco z tyłu.
– Zdarzają?! Jeżeli nie jest pani w stanie upilnować dzieci to najwyższa pora zmienić zawód! – Uniósł głos, nie mając pojęcia, jak się zachować; czy kontynuować zbędny monolog z nieodpowiedzialnymi kobietami, czy opuścić te miejsce w poszukiwaniu Zaidy. – Każdego dnia przyprowadzając tutaj dziecko, sądziłem, że będzie tutaj bezpieczna. Najwyraźniej się myliłem – dodał.
– Panie Villa, proszę się uspokoić – odezwał się policjant. – Sprawa została przekazana dalej, a dyrektorka placówki już tutaj jedzie.
Spojrzał na szczupłego mężczyznę, lecz nie zamierzał wdawać się w dalszą rozmowę. Czuł, że powinien na własną rękę poszukać swojego dziecka.
– Jeżeli mojej córce spadnie choćby włos z głowy, obiecuję, że nie znajdą panie już pracy jako przedszkolanki – warknął, rzucając zawistne spojrzenie kobietom.
Nie zwracając uwagi na nawoływanie kobiet, po prostu odwrócił się i pośpiesznie skierował w stronę wyjścia. Nie miał ochoty na nie patrzeć i czuł, że robiło mu się duszno. Rozumiał, że przedszkole to nie więzienie, ale w takim razie pod czyją opieką była jego córka?
Z rozmachem popchnął główne drzwi, o mało nie taranując jakiegoś mężczyzny, który krzyknął jakieś przekleństwo w jego stronę. Nie obchodziło go to wcale, gdyż miał ważniejszą sprawę na głowie. Ruszył do samochodu, w którym siedziała Laura. Obserwowała go uważnie ze zmarszczonym czołem, dopóki nie zasiadł z powrotem przed kierownicą.
Nie dość, że poznał prawdę na temat choroby Laury to na domiar złego jego córka zniknęła. Czy ten dzień mógł być jeszcze gorszy?
– David, gdzie jest Zaida? – spytała niepewnie Enríquez. – David?
– Nie ma jej. – Uniósł bezradnie dłonie w górę, starając się, aby jego głos nie były niemiły lub szorstki. – Po prostu jej nie ma.
– Jak to możliwe? – Nie kryła zdziwienia, obserwując z uwagą, siedzącego obok niej mężczyznę. Niewiedziała, czy lepszym rozwiązaniem będzie milczenie, czy może próba pocieszenia Hiszpana. – Uciekła? – dodała.
– Najwyraźniej. Nie mają nawet pojęcia, kiedy to się stało. – Jego głos zaczął się łamać, jednak czuł, że u boku Laury nie musi nic udawać. – Wszystko idzie nie po mojej myśli!
– David – szepnęła, układając dłoń na jego ramieniu. – Możemy przejechać się po mieście. Znajdziemy ją, David.
Laura stawiała go w zupełnie nowym świecie, w którym nawet popełnione zło, mogło zostać zrozumiane i przebaczone. Uświadomiła mu tak wiele rzeczy, z których nie zdawał sobie dotąd sprawy.
Skinąwszy głową, poczuł, jak dotyk dziewczyny zniknął, po czym odpalił silnik i wyjechał na ruchliwą ulicę. Otwierając schowek, sięgnął po telefon, który poinformował go o trzech połączeniach. Wszystkie od Patricii. Westchnął głośno, wybierając na dotykowym ekranie numer żony. Po chwili, gdy po raz drugi włączyła się poczta głosowa, odłożył smartfona na swoje miejsce.
– Różowy płaszczyk, ciemne włosy i dwa kucyki? – spytała Laura po niespełna dwudziestu minutach jazdy. – Czy to nie przypadkiem ona? – Przyłożyła opuszek palca do szyby, wskazując bawiącą się w parku dziewczynkę.
 Villa przeniósł wzrok w kierunku, który wskazywała blondynka. Poczuł, jak serce przyśpieszyło tempa, po czym odruchowo wcisnął hamulec. Samochodem delikatnie zarzuciło, a jego uszy dobiegł dźwięk klaksonu jadącego za nimi Mercedesa. Nie przykładając do tego większej uwagi, pośpiesznie zaparkował pojazd na krawężniku.
– Poczekaj tutaj dobrze? – zapytał, zerkając przelotnie na Laurę, a kiedy skinęła głową, wysiadł i ruszył w stronę niewysokiej postaci. – Zaida! – krzyknął.
Gdy dziewczynka nie zareagowała, postanowił podbiec do niej, jak najszybciej. Niespodziewanie poczuł w klatce piersiowej niepokój, niepozwalający skupić się na przemierzeniu odległości dzielącej od dziecka.
– Zaida! – Ponownie wykrzyczał imię. – Słyszysz mnie?
Mężczyzna zacisnął zęby, układając dłoń na ramieniu dziewczynki, tym samym odwracając jej ciało w swoją stronę. Poczuł lekki zawód, gdy zamiast twarzy córki dostrzegł przerażone, nieznane sobie dziecko. Momentalnie uwolnił ją ze swojego uścisku, a kątem oka zauważył podnoszącą się kobietę, która ruszyła w ich stronę, nie spuszczając z nich ani na chwilę wzroku.
– Najmocniej przepraszam. Po prostu myślałem, że… – zaczął się tłumaczyć, gdy kobieta była wystarczająco blisko, po czym uznał, iż nie zamierza tracić czasu na pogawędki. – Zresztą nieważne. Jeszcze raz przepraszam za najście.
Odwrócił się w drugą stronę i kręcąc ze zrezygnowaniem głową, ruszył w stronę Audi. Laura obserwując sytuacje zza szklanej szyby w ułamku sekundy pogodziła z zaistniałą sytuacją. Nie była to Zaida. Mimo wszystko wysiadła z samochodu na chłodne powietrze i ruszyła w stronę Villi.
– Och, David, tak mi przykro – powiedziała, gdy stanęła przed nim. Widziała, jak na jego twarzy malował się grymas bólu. – Przepraszam, że narobiłam ci nadziei. Myślałam, że w końcu ją znaleźliśmy.
– Także wierzyłem, że to ona. – Złapał się bezradnie za głowę.
Serce Laury się krajało, gdy widziała go w takim stanie. W jego brązowych tęczówkach spostrzegła wielki ból i tęsknotę. Nie potrafiła mu pomóc, nie tak, jakby chciała. Nie potrafiła zabrać tego cierpienia z jego ciała, z jego umysłu, z jego oczu.
Dziewczyna niewiele myśląc, może nieco pod impulsem, zmniejszyła odległość między nimi do minimum i przytuliła go ostrożnie, jakby nie była pewna, czy jej nie odepchnie. David przez ułamek sekundy stał w zupełnym bezruchu, nie wiedząc, co zrobić, lecz po chwili także ułożył swoje dłonie na jej plecach.
– Twoja córka się znajdzie, David – szepnęła, a czując, że przyciąga ją mocniej do siebie, oparła swobodniej podbródek na jego ramieniu. – Zapewniam cię.

Zaida stanowczym krokiem przemierzała ulice Barcelony, ściskając w dłoniach różowy plecaczek. Niebo zaczynało przybierać szarą barwę, przez co zaczynała się niepokoić, ponieważ nigdy dotąd nie opuszczała domu samotnie.
Idąc przed siebie, starała się nie zwracać uwagi na to, jak nieliczni przechodnie na nią spoglądali. Była wściekła na rodziców, nie wiedziała, która jest godzina i jaki był dzień tygodnia. Chciała tylko znaleźć się, jak najdalej od domu.
W ciągu kilku minut dotarła pod cel swój podróży, którym był potężny budynek dworca autobusowego. Przez zamocowane na ścianach głośniki rozlegały się ciągle informacje o przyjazdach i odjazdach. Rozglądając się uważnie po okolicy, uświadomiła sobie, że jest skazana wyłącznie na siebie.
– Mam przecież pięć lat. Muszę być dzielna – powiedziała cicho.
Szybkim krokiem ruszyła w stronę wejścia na dworzec, myślami błądząc przy rodzicach. Swoją ucieczką z przedszkola, chciała dać im szansę na wyjaśnienie wszystkie sprawy. Jej ojciec był silnym mężczyzną, dlatego sądziła, że da radę. Patty z kolei nie pozwalała przetłumaczyć sobie niektórych spraw. Po poznaniu Cataliny, sprawiała wrażenie, jakby wytworzyła wokół siebie kapsułę, przez którą nie można było się przebić.
Ukradkiem zerknęła na małego chłopczyka ściskającego dłoń ojca, równomiernie przemierzających hol dworca. Spuściła wzrok, zastanawiając się, jakie będzie jej dalsze życie. Czy bliskie osoby ją opuszczą? Czy ludzie na ulicy będą wytykali jej rodzinę palcami?
Westchnąwszy, wyciągnęła z plecaka pieniądze, które wzięła z portfela Davida i stanęła przy okienku biletowym na palcach, aby dostrzec pulchną twarz, starszej kobiety.
– Dzień dobry – przywitała się. – Chciałabym kupić bilet do Langreo.
Wyciągnęła rękę przed siebie, aby wyłożyć wszystkie pieniądze kasjerce na ladę. W Langreo mieszkali rodzice Davida, do których za swego czasu bardzo często jeździli. Po przeprowadzce do Barcelony wiele spraw uległo zmianie, dlatego bardzo tęskniła za dziadkami.
– Dzień dobry – odparła kobieta, pochylając do przodu, aby przyjrzeć się swojej rozmówczyni. Po chwili uniosła wzrok, aby sprawdzić, czy dziewczynka przyszła samotnie. – Do Langreo? – powtórzyła, zerkając na dużą sumę pieniędzy, którymi chciała zapłacić za pojedynczy bilet. – Hm, gdzie twoi rodzice, skarbie?
– Uhm, ma-mamusia tam na mnie czeka. – Skłamała wskazując palcem w bliżej nieokreślonym kierunku.
Kobieta siedząca za kasą, spojrzała podejrzliwie w danym kierunku, gdzie stała ciemnowłosa osoba, zawzięcie dyskutująca przez telefon. Była nią młoda studentka, która dosłownie przed chwilą kupowała u niej bilet do Madrytu.
Już kilka minut później, Zaida siedziała w niewielkim pomieszczeniu wpatrując się brązowymi oczami w kobietę zza okienka biletowego. Niestety nie udało jej się nabrać kasjerki, przez co nie otrzymała cennej przepustki do małego miasteczka w Asturii.
– Zawiadomiłam policję  – oznajmiła spokojnie, odkładając słuchawkę telefonu. – Powiedzieli, że w przeciągu dwudziestu minut przyjadą. Nie musisz się bać. To mili panowie i zabiorą cię do domu, Zaida.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz