11.

David Villa zaparkował samochód pod dużym, białym domem. Zmarszczył czoło, gdyż budynek sprawiał wrażenie opustoszałego. Na dworze panował zewsząd mrok, a z żadnego z okien nie tliło się światło. Zegarek wskazywał godzinę dziewiętnastą, co oznaczało, iż było za wcześnie, aby Patricia poszła spać.
Niepewnie nacisnął klamkę, jednakże mahoniowe drzwi nawet nie ustąpiły. Kiedy wygrzebał z kieszeni pęczek kluczy, wszedł do domu i zapalił światło w salonie. Nie dostrzegając nikogo w zasięgu wzroku, zmarszczył podejrzliwie czoło, po czym ruszył na piętro, a jego myśli nawiedziły najgorsze scenariusze.
– Patricia? – zawołał, lecz odpowiedziała mu cisza. – Zaida? Olaya?!
Zszedł ponownie do salonu, uważnie się po nim rozglądając. Zdjęcia dotąd stojące na komodach zajmowały swoje miejsce, drewno w kominku było nietknięte, a na szklanym stoliku przy sofach nie stało nic poza ozdobnym wazonikiem z usychającą różą. Wtedy spostrzegł małą, pogniecioną karteczkę leżącą obok kwiatu. Gdy po nią sięgnął, poczuł ukłucie w okolicach serca.
Unosząc papier, usiadł na kanapie i skupił wzrok na pochyłym piśmie.

Davidzie,
Nie chciałam, żeby wszystko się w ten sposób potoczyło. Niestety przestaliśmy się dogadywać. To była moja wina. Teraz to wiem. Byłam trudna i nie wspierałam cię. Żałuję tego dnia, gdy przed Twoim wyjazdem do RPA, powiedziałam Ci, że możesz odejść, jeżeli Ci źle. I faktycznie, tak jak powiedziałam, Ty odchodziłeś z każdym kolejnym dniem, a ja Cię nie zatrzymałam. To był największy błąd.
Wiesz, nie mam ci za złe. Nie czuję już żalu do niej. Zasługujesz na kogoś lepszego, kogoś kto uczyni Cię szczęśliwym, a skoro tą kobietą jest ona… Uszanuję Twoją decyzję.
Wiedz jednak, że nigdy nie zapomnę wyrazu Twojej twarzy, blasku Twoich oczu, szczerego uśmiechu, czy otaczającej Cię aury szczęścia. Zawszę będę pamiętała, kim dla mnie byłeś przez te wszystkie lata i nie zapomnę. Dlaczego? Bo nie chcę. Bo byłeś dla mnie wszystkim, a ja to zepsułam.
Patricia.

Pokręcił z niedowierzaniem głową. Odeszła zabierając ze sobą dzieci. Chciał z nią porozmawiać, chciał, żeby wszystko nastąpiło w innych warunkach, a tymczasem Patricia postanowiła napisać liścik, przez który poczuł się jeszcze gorzej. Dlaczego nie zaczekała? Czy bała się mu powiedzieć prosto w twarz to, co przelała na papier? Może były to zwyczajnie puste słowa, dzięki którym chciała odciągnąć jego uwagę.
Zacisnąwszy zęby, zmiął kawałek papieru w dłoni i rzucił przed siebie. Co chciała osiągnąć zostawiając ten liścik? Niewiele myśląc, wyciągnął z kieszeni skórzanej, czarnej kurtki telefon i na ekranie wybrał numer Patty. Musiała się z nim spotkać. Musieli wszystko wyjaśnić. Nie mógł pozwolić na to, aby zabrała mu dzieci.
– David? – Ku jego zdziwieniu odebrała za pierwszym połączeniem.
– Patricia, gdzie ty jesteś? – Oparł czoło na dłoni, wpatrując się w swoje buty. – Wróciłem do domu i zastałem tylko ten świstek…
Przez moment słyszał ciszę, przerywaną głosem Zaidy i Olayii w tle.
– Byłeś z nią? Dlatego nie wróciłeś wcześniej do domu? – spytała znienacka z wyczuwalnym wyrzutem. – Mam rację, David?
– Nie planowałem tego… To się po prostu stało – wyjaśnił przymykając powieki. – Musimy porozmawiać.
– Za późno, David – odpowiedziała po chwili łamiącym się głosem. – Wykazałam się większą inicjatywą i zrobiłam to za ciebie. Spakowałam rzeczy i zabrałam moje córki. Odchodzę. To koniec.
– Nie możesz tego zrobić – powiedział. – Nie możesz zabrać mi dzieci!
– Przykro mi, David, ale jak powiedziałam… Już jest za późno.

Zegarek wskazywał parę minut po godzinie dwudziestej pierwszej, gdy leżał w salonie na sofie z wsuniętym ramieniem pod głowę. Nie mógł zmrużyć oczu, a w jego myślach, jak na zaciętym nagraniu odtwarzały się słowa Patricii. Nie mógł wyrzucić ich z głowy, a fakt, iż mógł już nigdy nie spotkać córek, krajał jego serce.
Kiedyś ktoś mu powiedział, że miłość była cierpieniem. Teraz wiedział, że miał rację. W dalszym ciągu nie mógł pojąć, dlaczego Patty najzwyczajniej w świecie spakowała rzeczy i zabrała od niego dzieci. Chciał zrobić to na spokojnie, przy okazji omawiając wszystkie ważne kwestie, jak właśnie Zaida i Olaya.
Wierzył, że jego żona wykaże się zrozumieniem, przynajmniej ze względu na lata, które spędzili u swego boku. Musiała przecież zauważyć, że ich małżeństwo już dawno się skończyło. Ten związek od dłuższego czasu po prostu trwał i w zasadzie to wszystko. Po prostu istniał, a oni z każdym dniem oddalali się od siebie. Z drugiej strony wiedziała, że ojcem był przykładnym i choć w roli męża się nie sprawdził to dla swoich córek byłby w stanie zrobić wszystko.
Westchnąwszy, przeniósł wzrok na obejmującą go Laurę, której głowa spoczywała na jego piersi, unosząc się delikatnie wraz z oddechem. Cieszył się, że mimo sytuacji w jakiej się znaleźli, nie pozostawiła go samemu sobie. Choć miała swoje sprawy na głowie, jak na przykład zbliżający się nieubłaganymi krokami zabieg to po telefonie, którym ją uraczył, bez słowa sprzeciwu przyjechała do niego.
Unosząc nieznacznie kącik ust, spostrzegł, że Laura miała przymknięte powieki, a oddech cichy i lekki. Odetchnął głęboko, wdychając owocowy zapach jej włosów. Na twarzy dziewczyny malował się spokój, a w bladym świetle, rysy jej twarzy wydawały się jeszcze delikatniejsze, niż zwykle.
– David? – Dobiegł go ledwo słyszalny szept. – Śpisz?
– Nie – odparł, obserwując, jak dziewczyna unosi głowę.
– Wiem, że to nie najlepszy moment, ale tak się zastanawiałam… David, proszę, powiedz, że nie zostawiłeś żony przeze mnie. Nie chcę rozbijać małżeństwa.
– To była moja decyzja. Tylko i wyłącznie. – Villa uniósł prawą dłoń i delikatnie dotknął kosmyka jej włosów, który miała na czole. – Nie chcę jej ranić, ale skrzywdziłbym Patricię, zostając z nią i udając. Ona potrzebuje kogoś, kto poczuje do niej to, co ja czuję do ciebie.
– Czyli wszystko, co mi mówiłeś… – Przegryzła delikatnie wargę, opierając się tak na łokciu, aby mieć doskonały widok na Hiszpana.
– To prawda. – Skinął dla potwierdzenia głową, patrząc jej w oczy.
– Och, starałam się ciebie unikać – powiedziała, unosząc drugą rękę i zaczynając gładzić go po klatce piersiowej. – Chciałam postąpić słusznie, ale kiedy zadzwoniłeś, wiedziałam, że muszę przyjść.
– I co w tym słusznego? – zapytał z wyczuwalną niepewnością w głosie.
– David, masz już swoje życie – odparła, unosząc nieznacznie brwi.
– Człowiek, który wybrał Patricię i tamto życie, zniknął. Ten leżący tutaj z tobą chce czegoś innego – odparł, po czym pogłaskał Laurę wierzchem dłoni po policzku, muskając czule jej brwi, rzęsy, obrysowując kontur jej nosa i na koniec ust. –Pomyśl i zdecyduj. Jeśli mam dać ci spokój to to zrozumiem i więcej nie będę cię nachodził. Ale jeśli wybierasz to, jeśli wybierasz nas…
– Nad tym nie muszę się zastanawiać – powiedziała, wchodząc mu w słowo.
Kąciki ust David uniosły się nieznacznie, a blondynka nachyliła się nad nim i delikatnie musnęła jego wargi. Przyjął pocałunek zachłannie. Z ulgą zauważyła, że jego ramiona zacisnęły się na jej ciele. Przyciągnął ją tak, jakby chciał idealnie dopasować do siebie ich ciała. Wplótł dłoń w jej włosy i nachylił jej głowę, by jeszcze mocniej wpić się w jej usta. Fale gorąca zalały jej ciało, gdy poczuła dłoń wędrującą wzdłuż kręgosłupa, coraz niżej.
Oderwali się od siebie, gdy nagle rozdzwonił się telefon komórkowy Villi. Z lekkim ociąganiem sięgnął po niego na szklany stolik, a następnie zdezorientowany spojrzał na wyświetlacz. Dostrzegając widniejące na nim imię Patricii, przybrał pozycję siedzącą i odebrał.
– Tak? – powiedział, zerkając na Laurę, która siadając podciągnęła kolana pod brodę. – Że co? To jakiś żart? – spytał z niedowierzaniem. – Uhm, niedługo będę. – Wstając, odsunął od ucha smartfon i spojrzał na zdziwioną blondynkę. – Dzwoniła Patricia. Jest na dworcu. Chciała wyjechać do Asturii, do swojej rodziny, ale ma problem z Zaidą. Chce, żebym, jak najszybciej przyjechał. – Uniósł lekko kąciki ust. – Chcesz pojechać, czy poczekasz tutaj za mną?
– Pojadę. – Uśmiechnęła się delikatnie i chwyciła za dłonie Davida, które wystawił w jej kierunku.
Kilka minut później, siedzieli w fotelach czarnego Audi, które sunęło wzdłuż rozświetlonej ulicy Barcelony. Hiszpan trzymając mocno kierownicę, zerknął kątem oka na Laurę, która w ciszy i skupieniu patrzyła przez boczną szybę na rozciągający się krajobraz.
W tym momencie zdał sobie sprawę, że podjął jedną z najcięższych decyzji, z jaką przyszło mu się zmierzyć. Wybrał i nikt nie był w stanie przekonać go do zmiany decyzji. Choćby nie wiadomo, jak się starał, nie mógł zmienić tego, co czuł. Wbrew temu, nie chciał, żeby Patricia wyjeżdżała, zabierając ze sobą dzieci.
Przejeżdżając w pobliżu Nova Icària poczuł niespokojne drgnięcie. Obserwując bacznym wzrokiem okolicę, zauważył podstarzałego mężczyznę o przygarbionej sylwetce, który wolnym krokiem maszerował wzdłuż pobocza. Staruszek przez długą chwilę przyglądał się pojazdowi, a następnie ni stąd ni zowąd się zatrzymał, wciąż obserwując mijany go samochód.
Brunet nie spuszczając nogi z pedał gazu, ponownie zerknął w lusterko w poszukiwaniu mężczyzny. Oczami wyobraźni błądził po zakamarkach umysłu. Miał nieodparte wrażenie, że cała sceneria miała już miejsce w jego głowie.
– David! – krzyknęła niespodziewanie Laura. – Uważaj!
Nagle do jego uszu dotarł głośny klakson samochodu z naprzeciwka. Przeniósł przerażone spojrzenie na ulicę, którą pędziła rozpędzona ciężarówka.
Ostry blask świateł samochodu rozszczepił się, a w jego umyśle, jak na zawołanie pojawił się głos Zaidy, który dotąd słyszał tylko w koszmarach. Chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczynki nie było w samochodzie to przeszył go zimny dreszcz, a następnie oślepił go złoty blask świateł.
Wizg opon.
Chrzęst tłuczonego szkła.
Ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz