Słońce zagościło nieśmiało na niebie rzucając delikatne promienie na dachy
miast. Bawiło się mieszkańcami, kusząc, oglądając i dotykając swoim ciepłem,
które chciałoby zachować się na jak najdłużej. Chłodny wiatr porywał złote
liście do tańca, kołysał drzewa i gołe gałęzie, które smętnie zwisały nad
ziemią.
Laura
Enríquez, obserwowała zza szklanej ściany głównego wejścia, mężczyznę, który
trzymając dużą torbę, kierował pośpiesznie kroki w kierunku sportowego Audi. Nieświadomie
wstrzymując oddech, delikatnie dotknęła opuszkami palców krystalicznej
powierzchni i z zadziwiającą dokładnością przesunęła po sylwetce postaci, która
stała już przy bagażniku czarnego pojazdu.
Poznała
Davida przed czteroma miesiącami, kiedy zasilił szeregi katalońskiego klubu.
Musiała przyznać, że myliła się co do jego osoby, ponieważ łączyło ich o wiele
więcej, niż mogłaby się tego spodziewać. Z początku nawet uważała go za
nadętego ważniaka, jakimi było wielu sportowców i ogromnego fanatyka piłki
nożnej. Jednak po głębszym przeanalizowaniu jego zachowania, stwierdziła, że dotyczyła
go tylko ta sprawa z futbolem. Z niezwykłą pasją opowiadał o swojej ulubionej
dyscyplinie sportowej. Niekiedy musiała zmieniać temat, dając mu delikatnie do
zrozumienia, że wolała rozmawiać o czymś innym, co ją bardziej interesowało. Villa
chyba niezbyt to rozumiał, co trochę Laurę drażniło, jednak z drugiej strony,
nie miała mu tego mocno za złe. Zdarzało się, iż to on z uwagą, może nieco
wymuszoną, wysłuchiwał na temat najnowszych bestsellerów na rynku lub innych,
podobnych nowinek.
Laura
kochała książki. Potrafiła pół dnia spędzić na czytaniu, bądź szukaniu nowości
w miejskiej bibliotece. Będąc małą dziewczynką, marzyła, żeby zostać w
przyszłości pisarką. Była niemalże pewna, że przeszukując zakurzone kartony, znalazłaby
stare zeszyty, w których próbowała tworzyć własne historie. Kiedy była już
nastolatką, doszła do wniosku, że wolała czytać i zagłębiać się w cudzy świat,
niżeli tworzyć własny, przez co zainteresowała się dziennikarstwem.
Wówczas
postanowiła wybrać studia dziennikarskie, po których wierzyła, że dojdzie do
sukcesu. Jednakże, droga do niego nie zawsze była prosta, jak mogło się
wydawać, gdyż barcelońskie brukowce szybko zweryfikowały jej marzenia o
wielkiej karierze.
Widząc
znikającego we wnętrzu samochodu mężczyznę, jej dłoń zastygła w bezruchu na
poziomie piersi.
– Laura!
Ziemia do Laury! – Stoicki spokój, który owładnął ciałem dziewczyny, zakłócił urażony
głos jej przyjaciółki, Andrei. – Słuchasz mnie w ogóle?
– Co? Tak,
przepraszam, zamyśliłam się – powiedziała.
Oderwała
szybko dłoń od szyby, odwracając głowę w kierunki Andrei. Była ona wysoką szatynką
o gęstych, kręconych włosach, sięgających niewiele za ramiona i dużych
brązowych oczach. Najchętniej ubierała na siebie ołówkową spódnicę z wysokim
stanem, podkreślającą szczupłą talię i sweterek, bądź dopasowaną bluzkę w
połączeniu z marynarką. Laura zawsze podziwiała styl przyjaciółki, lecz sama
preferowała nieco mniej elegancki zestaw.
Blondynka
ruszyła przez hol, mijając nowocześnie postawione schody z marmuru i stalowe balustrady,
które prowadziły do kolejnych pomieszczeń na wyżej postawionej kondygnacji.
Recepcja wyłożona była drewnem, pod oknem stały dwie czerwone sofy, które
kontrastowały z rozmieszczonymi roślinami, a magiczny wygląd całemu
pomieszczeniu dodawał kolorowy herb FC Barcelona wywieszony nad ladą.
–
Mówiłam, że Carlos znów szuka nowej pracy – powiedziała zawiedziona.
–
Carlos zawsze szuka innej pracy – skwitowała Laura, siadając na obrotowym
krześle tuż obok przyjaciółki, która nie po raz pierwszy miała problem ze swoim
mężem.
– Może załatwiłabym
mu coś w Ciutat Esportiva – zamyśliła się, choć wiedziała, że szanse na to były
nikłe. – Spytać nigdy nie zaszkodzi.
–
Ostatnią rzeczą, jaką chcę dla was dwojga to abyście walczyli dodatkowo tutaj –
zaśmiała się, choć zaraz spoważniała. – Wiesz, o czym teraz myślę?
– O
czym? – zapytała, zgryzając główkę zielonego długopisu.
– O
gotowanej kolbie kukurydzy. Z mnóstwem soli i masła
– Skoro
o jedzeniu już mowa, nie masz wrażenia, że ostatnio znów schudłaś i zbladłaś? –
spytała Andrea bardzo ostrożnie, bowiem wiedziała, jak delikatny temat
poruszała. – Co się dzieje?
– Nic.
Wyobrażasz to sobie tylko. Jem to, co zawsze… – zaczęła, lecz nie dane było jej
skończyć, ponieważ rozdzwonił się telefon, dzięki któremu poczuła pewnego
rodzaju ulgę. Podniosła od razu słuchawkę. – Dzień dobry, Ciutat Esportiva Joan
Gamper, w czym mogę pomóc? – wypowiedziała dobrze znaną sobie regułkę.
Z radia
stojącego na kredensie wydobywał się dźwięk starego hitu grupy One Republic pt.
„Apologize”. Patricia Villa, po raz kolejny wsłuchiwała się w słowa piosenki,
siedząc w kuchni nad filiżanką kawy. Czuła, że w tekście piosenki nie ma sensu,
a ich wartość porównywała do pustych słów, rzucanych na wiatr. Autor z
pewnością pisząc słowa, chciał, aby w końcowym efekcie, tekst dodawał słuchaczom
otuchy.
Przecież
nie potrzebowała tego, choć całą swoją postawą, sprawiała wrażenie, jakby chciała
w nich coś odnaleźć. Sens? Nadzieję? Cień szansy na lepsze jutro? Nie wiedziała,
czego dokładnie oczekiwała.
Nikt
nie musiał jej znać, aby od razu zauważyć, iż była zagubiona, niepewna oraz
brakowało jej wiary i entuzjazmu. Zaczynała nienawidzić samej siebie za udawanie
przed sobą i Davidem, że miłość przestała się dla niej liczyć w normalnym
życiu. Przecież w głębi duszy pragnęła czegoś innego.
– Och,
Catalina, proszę, wyłącz to – mruknęła niezadowolona Patty do siedzącej
naprzeciw brunetki.
Catalina
Mendoza była piękną i niezależną kobietą, ceniącą sobie nade wszystko wolność. Nigdy
nie miała łatwego życia; w dzieciństwie była molestowana przez ojczyma, a parę
lat później trafiła do szpitala w stanie krytycznym, po tym, jak zaraz po
powrocie z miesiąca miodowego została pobita przez świeżo poślubionego
małżonka.
Patricia nie mogła uwierzyć ile nieszczęścia
może spotkać jedną osobę, w tak stosunkowo krótkim czasie.
–
Rozmawiałaś z Davidem? – spytała Mendoza, po uprzednim wykonaniu prośby
koleżanki.
– Próbowałam.
– Patricia wzruszyła ramionami, a swój wzrok skierowała na Olayę, która
siedziała na jej kolanach. – Zawsze się jakoś wykręci.
Zawsze
to ona wszystkim pomagała, a teraz czuła się bezradna i bezsilna, kiedy zasięgnęła
porad u Cataliny. Nie wiedziała, gdzie uczyniła błąd. Niegdyś zawsze była uśmiechnięta,
wesoła i spontaniczna, a w ostatnich tygodniach zamknęła się w sobie. Czy
możliwym było, że wpadła w depresję, od której nie można się uwolnić?
– Powiedział
ci w końcu, kim była ta kobieta? – zapyta delikatnie, sięgając po kolejny
kawałek ciasta w czekoladzie.
– Ma na
imię Laura i pracuje na recepcji w miejscu treningowym klubu – odparła, a
widząc, jak kobieta unosi jedną brew, dodała: – Powiedział, że odwiózł ją kilka
razy do domu, ponieważ źle się czuła.
– W
takim razie chyba często się jej to zdarza – stwierdziła z przekąsem, popijając
kęsa, gorącą kawą.
Zamierzała
puścić mimochodem uwagę koleżanki, bowiem nie chciała ponownie tworzyć
spekulacji na temat Laury. Miała wyłącznie głęboką nadzieję, iż nie spotka się
z nią twarzą w twarz na przyjęciu, które mimo wszystko mogło być przepustką do
tego, że w jej życiu wszystko na nowo się ułoży.
– David
zaprosił mnie na bankiet – powiedziała. – Dlatego mam nadzieję, że nie będzie
to dziwna prośba, w końcu znamy się już trochę, więc… Zastanawiałam się, czy
jest szansa, że będziesz mogła zająć się Zaidą i Olayą w sobotę wieczorem?
–
Oczywiście – rzekła, po chwili zawahania. – Nie ma problemu.
–
Jesteś pewna? – zapytała Patty, widząc reakcję Hiszpanki.
– Tak –
potwierdziła Cat. – Cały weekend spędzę w domu.
–
Dziękuję. – Skinęła głową i ucałowała czubek głowy Olayii.
Cieszyła
się, iż mogła polegać na Catalinie w tych lepszych i gorszych chwilach. Była
wdzięczna, że znalazła w Barcelonie bratnią duszę. Dotychczasowe życie
zostawiła w Valencii, nad czym strasznie ubolewała.
Po sobotnim
podwieczorku, David stanął przed dużym lustrem w salonie, poprawiając sztywny
kołnierzyk czarnej marynarki. Jego tors opinała biała, elegancka koszula, która
idealnie uwydatniała umięśnioną sylwetkę, a dolną część zdobiły dopasowane, czarne
spodnie. Nakładając na dłoń odrobinę pianki, zaczesał czarne włosy do tyłu,
starając się, aby pojedyncze kosmyki nie próbowały uwolnić się w okolicach
uszu.
–
Tatusiu – zawołała nagle Zaida, która siedziała na sofie i przyglądała się
poczynaniom ojca. – Czy mogę powiedzieć Olayii, skąd się biorą dzieci?
–
Myślę, że jest jeszcze za mała – odparł niemal natychmiast.
Odwracając
się od lustra, podniósł młodszą z córek z koca na dywanie i skierował kroki w stronę
kanapy.
– Jest
za mała – powtórzyła po nim, splatając paluszki rąk i obserwując siedzącą na
kolanach ojca dziewczynkę. – Tatusiu, obejrzymy bajkę? – podjęła kolejną próbę
przekonania Davida do swojej racji.
–
Kochanie, doskonale wiesz, że tatuś musi zaraz wyjść – odparł. – Przyjdzie
ciocia Catalina to obejrzy z tobą bajkę.
– Nie
chcę oglądać z nią bajki – żachnęła się, splatając ramiona na wysokości klatki
piersiowej. – Ona jest głupia.
–
Zaida, nie mów w ten sposób przy siostrze – skarcił ją. – Zresztą nie wolno tak
mówić o innych, rozumiesz?
Po
nastawieniu Zaidy do Cataliny, nie trudno było mu wywnioskować, że nie pałała ona
sympatią do nowej koleżanki Patricii. Sam zresztą podchodził do niej z ogromnym
dystansem, lecz nie zamierzał ściągać swoich rodziców z Langreo, tylko po to,
aby zajęli się dziewczynkami przez kilka godzin, podczas ich nieobecności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz