3.

Słońce zagościło nieśmiało na niebie rzucając delikatne promienie na dachy miast. Bawiło się mieszkańcami, kusząc, oglądając i dotykając swoim ciepłem, które chciałoby zachować się na jak najdłużej. Chłodny wiatr porywał złote liście do tańca, kołysał drzewa i gołe gałęzie, które smętnie zwisały nad ziemią.
Laura Enríquez, obserwowała zza szklanej ściany głównego wejścia, mężczyznę, który trzymając dużą torbę, kierował pośpiesznie kroki w kierunku sportowego Audi. Nieświadomie wstrzymując oddech, delikatnie dotknęła opuszkami palców krystalicznej powierzchni i z zadziwiającą dokładnością przesunęła po sylwetce postaci, która stała już przy bagażniku czarnego pojazdu.
Poznała Davida przed czteroma miesiącami, kiedy zasilił szeregi katalońskiego klubu. Musiała przyznać, że myliła się co do jego osoby, ponieważ łączyło ich o wiele więcej, niż mogłaby się tego spodziewać. Z początku nawet uważała go za nadętego ważniaka, jakimi było wielu sportowców i ogromnego fanatyka piłki nożnej. Jednak po głębszym przeanalizowaniu jego zachowania, stwierdziła, że dotyczyła go tylko ta sprawa z futbolem. Z niezwykłą pasją opowiadał o swojej ulubionej dyscyplinie sportowej. Niekiedy musiała zmieniać temat, dając mu delikatnie do zrozumienia, że wolała rozmawiać o czymś innym, co ją bardziej interesowało. Villa chyba niezbyt to rozumiał, co trochę Laurę drażniło, jednak z drugiej strony, nie miała mu tego mocno za złe. Zdarzało się, iż to on z uwagą, może nieco wymuszoną, wysłuchiwał na temat najnowszych bestsellerów na rynku lub innych, podobnych nowinek.
Laura kochała książki. Potrafiła pół dnia spędzić na czytaniu, bądź szukaniu nowości w miejskiej bibliotece. Będąc małą dziewczynką, marzyła, żeby zostać w przyszłości pisarką. Była niemalże pewna, że przeszukując zakurzone kartony, znalazłaby stare zeszyty, w których próbowała tworzyć własne historie. Kiedy była już nastolatką, doszła do wniosku, że wolała czytać i zagłębiać się w cudzy świat, niżeli tworzyć własny, przez co zainteresowała się dziennikarstwem.
Wówczas postanowiła wybrać studia dziennikarskie, po których wierzyła, że dojdzie do sukcesu. Jednakże, droga do niego nie zawsze była prosta, jak mogło się wydawać, gdyż barcelońskie brukowce szybko zweryfikowały jej marzenia o wielkiej karierze.
Widząc znikającego we wnętrzu samochodu mężczyznę, jej dłoń zastygła w bezruchu na poziomie piersi.
– Laura! Ziemia do Laury! – Stoicki spokój, który owładnął ciałem dziewczyny, zakłócił urażony głos jej przyjaciółki, Andrei. – Słuchasz mnie w ogóle?
– Co? Tak, przepraszam, zamyśliłam się – powiedziała.
Oderwała szybko dłoń od szyby, odwracając głowę w kierunki Andrei. Była ona wysoką szatynką o gęstych, kręconych włosach, sięgających niewiele za ramiona i dużych brązowych oczach. Najchętniej ubierała na siebie ołówkową spódnicę z wysokim stanem, podkreślającą szczupłą talię i sweterek, bądź dopasowaną bluzkę w połączeniu z marynarką. Laura zawsze podziwiała styl przyjaciółki, lecz sama preferowała nieco mniej elegancki zestaw.
Blondynka ruszyła przez hol, mijając nowocześnie postawione schody z marmuru i stalowe balustrady, które prowadziły do kolejnych pomieszczeń na wyżej postawionej kondygnacji. Recepcja wyłożona była drewnem, pod oknem stały dwie czerwone sofy, które kontrastowały z rozmieszczonymi roślinami, a magiczny wygląd całemu pomieszczeniu dodawał kolorowy herb FC Barcelona wywieszony nad ladą.
– Mówiłam, że Carlos znów szuka nowej pracy – powiedziała zawiedziona.
– Carlos zawsze szuka innej pracy – skwitowała Laura, siadając na obrotowym krześle tuż obok przyjaciółki, która nie po raz pierwszy miała problem ze swoim mężem.
– Może załatwiłabym mu coś w Ciutat Esportiva – zamyśliła się, choć wiedziała, że szanse na to były nikłe. – Spytać nigdy nie zaszkodzi.
– Ostatnią rzeczą, jaką chcę dla was dwojga to abyście walczyli dodatkowo tutaj – zaśmiała się, choć zaraz spoważniała. – Wiesz, o czym teraz myślę?
– O czym? – zapytała, zgryzając główkę zielonego długopisu.
– O gotowanej kolbie kukurydzy. Z mnóstwem soli i masła
– Skoro o jedzeniu już mowa, nie masz wrażenia, że ostatnio znów schudłaś i zbladłaś? – spytała Andrea bardzo ostrożnie, bowiem wiedziała, jak delikatny temat poruszała. – Co się dzieje?
– Nic. Wyobrażasz to sobie tylko. Jem to, co zawsze… – zaczęła, lecz nie dane było jej skończyć, ponieważ rozdzwonił się telefon, dzięki któremu poczuła pewnego rodzaju ulgę. Podniosła od razu słuchawkę. – Dzień dobry, Ciutat Esportiva Joan Gamper, w czym mogę pomóc? – wypowiedziała dobrze znaną sobie regułkę.

Z radia stojącego na kredensie wydobywał się dźwięk starego hitu grupy One Republic pt. „Apologize”. Patricia Villa, po raz kolejny wsłuchiwała się w słowa piosenki, siedząc w kuchni nad filiżanką kawy. Czuła, że w tekście piosenki nie ma sensu, a ich wartość porównywała do pustych słów, rzucanych na wiatr. Autor z pewnością pisząc słowa, chciał, aby w końcowym efekcie, tekst dodawał słuchaczom otuchy.
Przecież nie potrzebowała tego, choć całą swoją postawą, sprawiała wrażenie, jakby chciała w nich coś odnaleźć. Sens? Nadzieję? Cień szansy na lepsze jutro? Nie wiedziała, czego dokładnie oczekiwała.
Nikt nie musiał jej znać, aby od razu zauważyć, iż była zagubiona, niepewna oraz brakowało jej wiary i entuzjazmu. Zaczynała nienawidzić samej siebie za udawanie przed sobą i Davidem, że miłość przestała się dla niej liczyć w normalnym życiu. Przecież w głębi duszy pragnęła czegoś innego.
– Och, Catalina, proszę, wyłącz to – mruknęła niezadowolona Patty do siedzącej naprzeciw brunetki.
Catalina Mendoza była piękną i niezależną kobietą, ceniącą sobie nade wszystko wolność. Nigdy nie miała łatwego życia; w dzieciństwie była molestowana przez ojczyma, a parę lat później trafiła do szpitala w stanie krytycznym, po tym, jak zaraz po powrocie z miesiąca miodowego została pobita przez świeżo poślubionego małżonka.
 Patricia nie mogła uwierzyć ile nieszczęścia może spotkać jedną osobę, w tak stosunkowo krótkim czasie.
– Rozmawiałaś z Davidem? – spytała Mendoza, po uprzednim wykonaniu prośby koleżanki.
– Próbowałam. – Patricia wzruszyła ramionami, a swój wzrok skierowała na Olayę, która siedziała na jej kolanach. – Zawsze się jakoś wykręci.
Zawsze to ona wszystkim pomagała, a teraz czuła się bezradna i bezsilna, kiedy zasięgnęła porad u Cataliny. Nie wiedziała, gdzie uczyniła błąd. Niegdyś zawsze była uśmiechnięta, wesoła i spontaniczna, a w ostatnich tygodniach zamknęła się w sobie. Czy możliwym było, że wpadła w depresję, od której nie można się uwolnić?
– Powiedział ci w końcu, kim była ta kobieta? – zapyta delikatnie, sięgając po kolejny kawałek ciasta w czekoladzie.
– Ma na imię Laura i pracuje na recepcji w miejscu treningowym klubu – odparła, a widząc, jak kobieta unosi jedną brew, dodała: – Powiedział, że odwiózł ją kilka razy do domu, ponieważ źle się czuła.
– W takim razie chyba często się jej to zdarza – stwierdziła z przekąsem, popijając kęsa, gorącą kawą.
Zamierzała puścić mimochodem uwagę koleżanki, bowiem nie chciała ponownie tworzyć spekulacji na temat Laury. Miała wyłącznie głęboką nadzieję, iż nie spotka się z nią twarzą w twarz na przyjęciu, które mimo wszystko mogło być przepustką do tego, że w jej życiu wszystko na nowo się ułoży.
– David zaprosił mnie na bankiet – powiedziała. – Dlatego mam nadzieję, że nie będzie to dziwna prośba, w końcu znamy się już trochę, więc… Zastanawiałam się, czy jest szansa, że będziesz mogła zająć się Zaidą i Olayą w sobotę wieczorem?
– Oczywiście – rzekła, po chwili zawahania. – Nie ma problemu.
– Jesteś pewna? – zapytała Patty, widząc reakcję Hiszpanki.
– Tak – potwierdziła Cat. – Cały weekend spędzę w domu.
– Dziękuję. – Skinęła głową i ucałowała czubek głowy Olayii.
Cieszyła się, iż mogła polegać na Catalinie w tych lepszych i gorszych chwilach. Była wdzięczna, że znalazła w Barcelonie bratnią duszę. Dotychczasowe życie zostawiła w Valencii, nad czym strasznie ubolewała.

Po sobotnim podwieczorku, David stanął przed dużym lustrem w salonie, poprawiając sztywny kołnierzyk czarnej marynarki. Jego tors opinała biała, elegancka koszula, która idealnie uwydatniała umięśnioną sylwetkę, a dolną część zdobiły dopasowane, czarne spodnie. Nakładając na dłoń odrobinę pianki, zaczesał czarne włosy do tyłu, starając się, aby pojedyncze kosmyki nie próbowały uwolnić się w okolicach uszu.
– Tatusiu – zawołała nagle Zaida, która siedziała na sofie i przyglądała się poczynaniom ojca. – Czy mogę powiedzieć Olayii, skąd się biorą dzieci?
– Myślę, że jest jeszcze za mała – odparł niemal natychmiast.
Odwracając się od lustra, podniósł młodszą z córek z koca na dywanie i skierował kroki w stronę kanapy.
– Jest za mała – powtórzyła po nim, splatając paluszki rąk i obserwując siedzącą na kolanach ojca dziewczynkę. – Tatusiu, obejrzymy bajkę? – podjęła kolejną próbę przekonania Davida do swojej racji.
– Kochanie, doskonale wiesz, że tatuś musi zaraz wyjść – odparł. – Przyjdzie ciocia Catalina to obejrzy z tobą bajkę.
– Nie chcę oglądać z nią bajki – żachnęła się, splatając ramiona na wysokości klatki piersiowej. – Ona jest głupia.
– Zaida, nie mów w ten sposób przy siostrze – skarcił ją. – Zresztą nie wolno tak mówić o innych, rozumiesz?
Po nastawieniu Zaidy do Cataliny, nie trudno było mu wywnioskować, że nie pałała ona sympatią do nowej koleżanki Patricii. Sam zresztą podchodził do niej z ogromnym dystansem, lecz nie zamierzał ściągać swoich rodziców z Langreo, tylko po to, aby zajęli się dziewczynkami przez kilka godzin, podczas ich nieobecności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz